Kapryśna chmura

Jeden z najbardziej kontrowersyjnych i ekscentrycznych filmów Tsai Ming-lianga kończy w tym roku 20 lat. To dobra okazja, by spojrzeć na Kapryśną chmurę świeżym okiem oraz przez pryzmat krętych ścieżek, jakimi kroczy musical w świecie międzynarodowego art house’u. Samotność w Tajpej, przytłaczające blokowisko, surrealistyczne numery taneczne ze śpiewem z playbacku, namysł nad przemysłem pornograficznym oraz bodaj najsłynniejsze użycie arbuza w celach erotycznych w historii kina: Kapryśna chmura to obok Tańcząc w ciemnościach Larsa von Triera najbardziej brawurowa próba autorskiego przepisania gatunku na przełomie XX i XX wieku.
W Tajpej panuje susza. Programy telewizyjne zachęcają mieszkańców, aby oszczędzać wodę. W tych okolicznościach wracamy do bohaterów znanych z Która tam jest godzina? (2001) Tsaia, czyli Hsiao-kanga (Lee Kang-sheng), teraz aktora filmów porno, oraz mieszkającej w tym samym bloku Shiang-chyi (Chen Shiang-chyi). Bohaterowie przemierzają chłodne, alienujące przestrzenie i z początku nie wiedzą, jak blisko siebie się znajdują. W minimalistycznym uniwersum reżysera ważną rolę odgrywają dźwięki: ambient i hałas wielkiego miasta, sapanie, stękanie i oddychanie ludzkich ciał w długich scenach seksu przed kamerą, ale też muzyka – szczególnie popowe przeboje z Hongkongu, do których Tsai wraca z tęsknoty do powojennej chińskiej kultury.
W filmie usłyszymy sześć chińskich piosenek: „The Half Moon” i „What a Date!” Hung Chonga oraz utwory czterech piosenkarek, które po rewolucji komunistycznej przeniosły się do Hongkongu: „To Keep My Heart True” Grace Chang, „Everlasting Love” Yao Li, „Be Patient!” Chang Lu oraz piosenkę Bai Guang z lat 50., od której Kapryśna chmura wzięła swój tytuł.
Zawieszone między eksploracją miejskiej anonimowości a testowaniem granic musicalowej formuły, dzieło Tsaia bezpardonowo podchodzi do kwestii reprezentacji seksu oraz uwodzi wizualną pomysłowością – na czele z układem tanecznym złożonym z dziesiątek arbuzowych parasolek oraz sceną z bohaterem przebranym za penis.
Sebastian Smoliński