Magazyn MSN

Planeta Piniak. Literackie wymiary twórczości Piniaka Przemysława

Maja Demska
Co czytał?

Jakie były jego ulubione książki? Jakie filmy zrobiły na nim wrażenie za dzieciaka? Nigdy go o to nie spytałam i nigdy już się tego nie dowiem. Chcę spróbować zrozumieć, z czego wyrosło to niesamowite pisanie. Dlatego muszę spekulować. Przeczytać uważnie wszystko, co napisał, i zrekonstruować z tego mniej lub bardziej możliwą przeszłość. Zrobić to tak, jak Piniak kreował wizje przyszłości – wywróżyć ze strzępków, skleić z kulek zbożowo-ryżowych zawiniętych w omlet warzywny [1]. To solidny budulec, z tego za 500 lat bakteriosapiensy i człowiekoryby będą wznosić gmachy urzędów miasta. 

Pisanie Piniaka jest ściśle połączone z jego praktyką artysty wizualnego i performera. Teksty są tworzone jako pierwsze, ale celem ostatecznym jest zawsze „coś więcej”. Wiele z nich powstało do czytania na głos, recytowania, śpiewania, performowania, odegrania przed kamerą. Inne – jako zaczyn prac wizualnych. Próba wyabstrahowania z tej twórczości czystego tekstu jest ryzykowna, ale warto ją podjąć. Piniak-pisarz ma bardzo wyrazisty, oryginalny głos. Zachowuje przy tym bezpretensjonalność, czasem nawet toporność, kogoś, kto pisze na wpół amatorsko – poza jakimkolwiek obiegiem literackim. Ale teksty te bronią się jako autonomiczne formy literackie i zasługują na takie odczytanie.

Książki znalezione w pracowni Piniaka [2]
 
Fashion Cats (japońskie kotki pozują w kostiumach haute couture)
The Big Penis Book (błyszczący album-cegła Taschena)

(Tu mi się już powoli rysuje jakaś wizja, z tych klocków prawie że da się zbudować moją tezę!)

Dorobek literacki Piniaka Przemysława
 
Gdyby zebrać wszystkie teksty Piniaka – kilkanaście opowiadań, jeden dramat, kilka scenariuszy filmów, słuchowisk i „gadanych” performansów, rozproszone notatki i spisane sny – wyszłaby nam z tego średniej grubości książka. Książka nieistniejąca, potencjalna. Za życia artysty nic takiego nie powstało. Nawet gdyby dodać do tego zbioru opisy prac (istniejących oraz nigdy niezrealizowanych), które u Piniaka same w sobie są literackimi miniaturami, prawdopodobnie zamknęłoby się to w jakichś 150 stronach znormalizowanego maszynopisu. Bardzo możliwe, że jest coś jeszcze – może na komputerze Piniaka, może w prywatnej korespondencji. Teraz do tego nie dojdziemy. Opieram się na tym, co udało się zebrać. Kuratorzy wystawy Poszło w pięty zgromadzili teksty – niepublikowane oraz takie, które jako druki ulotne towarzyszyły wystawom Piniaka. Filmy, słuchowiska i wideodokumentacje performansów też traktuję jako formy literackie. To dorobek literacki Piniaka Przemysława.

Nie będzie książki, będzie notesik. Moja pierwsza książka pod tytułem „mój instagram” [3] .

Spis treści
 
Opowiadania i krótkie prozy: Księżniczka Marcin (cykl 9 opowiadań, 2023), Warszawa chmuroczy (2019), RYBA (publikowana we fragmentach na Instagramie, 2023)
Performansy: Nie odbieraj, bo zobaczą (2023), Demony (2022), W cieniu katedr (2021) 
Słuchowiska: Palec Piłsudskiego (2019), Chickensy szczecińskie (2019), Klepisko (2021)
Film Ciepła Wojna, 2019
Dramat Prącie przepychu, 2020
opisy prac, na przykład Kapliczki (2022–2024), PylniceP (2018)
niedatowane notatki, fragmenty, spisane sny, na przykład Planeta motyli 

Jeżeli to jest nagrane, nie słuchasz teraz książki. Słuchasz zeszyciku. Jeżeli ktoś nie wie, co to zeszycik albo notesik, niech sprawdzi w internecie, co to jest kartka, i niech wyobrazi sobie, że została ona pocięta na osiem malutkich kartek i te kartki ze sobą złożono [4].

To materiał, na którym opieram się w tym tekście. 
Przemysław Piniak
KAPLICZKA EMMY ZE SPICE GIRLS, KAPLICZKA ZWŁOKI
2022, drewno, akryl, tektura, znalezione fronty meblowe, skóra, wafle ryżowe, plastik, papier.
Dzięki uprzejmości rodziny artysty i galerii Łęctwo
Metoda kleju na gorąco
 
No więc to, co udało się zebrać – to dużo czy mało? To źle postawione pytanie. Perspektywa ilościowa nie bierze pod uwagę różnorodności, a przede wszystkim gęstości tego pisania. A proza Piniaka jest niesamowicie gęsta, gęsta jak klej z pistoletu – substancja bardzo artyście bliska. To klej z pistoletu pozwala obiektom przestrzennym Piniaka utrzymać się jako tako w trzecim wymiarze. Tekst pełni w nich podobną funkcję – narracja nadaje rzeźbom zrobionym ze śmieci ciężar gatunkowy. Metoda klejenia na gorąco pozwala też na łączenie tego, co teoretycznie się nie łączy – tworzyw, faktur, stylów, konwencji i form. Jest coś dziwnie wstrząsającego w butelkach PET oklejonych płatami naturalnego korka. Podobnie niespodziewany i elektryzujący jest montaż tekstów Piniaka. Czytanie ich we fragmentach nie daje tym wyładowaniom i zgrzytom wybrzmieć. Przebrnięcie przez całość wymaga pewnego wysiłku. Czasem wydaje się, że te gęsto upchane, nieprzystające do siebie wątki, motywy, anegdoty i wtrącenia trafiają do tekstu spontanicznie, chaotycznie. Dopiero pod koniec tekstu (a czasem dopiero po powtórnej lekturze) wszystko się układa – postaci i motywy powracają jako warianty i wariacje, anegdoty okazują się jednak mieć konsekwencje w głównym wątku fabuły, a refreniczne powtórzenia pewnych fraz zaczynają przeplatać się gęściej, odsłaniając przed osobą czytającą ukryty porządek znaczeń. (Oczywiście nie zawsze i nie wszystkiego). 

Piniak wielokrotnie powtarza w swoich tekstach, że lubi bałagan [5], choć równocześnie odczuwa wewnętrzny konflikt bałaganowo-porządkowy [6]. Trochę pomaga układanie prac i tekstów w cykle: cykl Kapliczek [7] czy Demonów [8]. Na pewno nie chodzi jednak o to, żeby uporządkować wszystko. W wywiadzie mówi: Jeśli dziesięć rzeczy będzie równo przyszytych, to jedenasta będzie zwisała na żyłce i to jest właśnie mój styl. To dla mnie idealna kompozycja! [9]

Kwadratowa głowa
 
Jedyny tekst krytyczny, który pochyla się w pewnym stopniu nad literackim aspektem twórczości Piniaka, to Narrator z kwadratową głową Stacha Szabłowskiego z 2023 roku. Kurator i krytyk sztuki słusznie zauważa, że pisanie jest jądrem praktyki artystycznej Piniaka i to właśnie z literatury wyrasta reszta: obrazy i rysunki, wideo i występy na żywo, obiekty, kostiumy, cykle prac, całe wystawy [10]. Szabłowski zwraca uwagę na te cechy stylu Piniaka, które rzucają się w oczy i uszy nawet przy pobieżnej lekturze – język potoczny, uliczny, jakieś kolokwializmy, błędy i glicze. Neurotyczny narrator, którego pierwszoosobowa nawijka to rwie się, to osuwa w gęsty strumień świadomości. Szabłowskiemu kojarzy się to z Mironem Białoszewskim i Dorotą Masłowską. Ja prędzej niż na Masłowską wskazałabym na Michała Witkowskiego. Wolę jednak wystrzegać się porównań do autorów dobrze znanych i w pewnym sensie interpretacyjnie rozbrojonych. Takie porównania mają dowartościowywać, ale idzie za nimi ryzyko uproszczeń. Można w ten sposób zgubić to, co u Piniaka najbardziej unikalne, jedyne w swoim rodzaju. 

Biogram
 
Malarz, performer, futurolog, projektant obuwia [11]
Zajmuje się głównie tworzeniem wizji mających na celu załamanie się czasoprzestrzeni oraz malarstwem i ozdabianiem czapek [12].

Portal
 
Wizje Piniaka faktycznie załamują czasoprzestrzeń. Łączą się w nich brawurowo konwencje, które w literaturze (polskiej) zwykle zajmują przeciwległe bieguny – autofikcja i science fiction. I to wszystko podane w formie ulicznej gawędy, do tego queerowej. 
Stylizacja językowa jest oczywiście w sci-fi dość częsta, ale tu mamy równocześnie prozę konfesyjną i jakieś bajki robotów. Jak to sobie w ogóle wyobrazić? To tak, jakby kolega z ASP próbował ci opowiedzieć film, który widział na Polsacie w 2001 roku, i jak to na niego wpłynęło. Jesteśmy w najbardziej przyziemnym, codziennym „tu i teraz” tramwajów i Żabek, ale w tym samym czasie zwiedzamy jakieś równoległe wszechświaty. Portalem, który łączy jedno z drugim, może być niezgrabny model samochodu albo dyskontowy wyrób cukierniczy. 

Na planecie motyli narrator zainfekowany mózgożerczymi larwami [13] zmienia się we włochate i lepkie stworzenie latające, z ostrzegawczym umaszczeniem niczym światła Nissana kombi [14]. Albo taki biblijny teleport na planetę much: Słyszysz jak słyszysz ten kosmos. A słyszysz to słyszenie. Ciemność z ciemności, wyłania się. Planeta. Pączek w kolorach Ziemi. Teraz robią te takie polewy, zielono niebieskie [15]. Muchy imprezują w hotelu, piją szampana i robią relację na insta [16], ale wszystko jest rzeczywistych rozmiarów [17]. (A teraz oszacuj. Ile tak naprawdę razy kieliszek jest większy od muchy. A teraz: oszacuj ile parówek zjedli Polacy w żabkach w postaci hot dogów od momentu powstania sieci) [18] .
Przemysław Piniak
Prącie przepychu
2020, performans
Murmel
 
Piniak sięga też po skonwencjonalizowane, a nawet skostniałe motywy z literatury gatunkowej. Gra na napięciu dystopia–utopia. Podróżuje w przyszłość i przeszłość. Wciela się w archetyp genialnego wynalazcy, którego pomysły mogą zmienić więcej niż jeden świat [19]. Ale nie traktuje tych szablonów poważnie. Weźmy motyw fikcyjnej substancji czy używki. Narrator Palca Piłsudskiego, genialny wynalazca (a równocześnie biedny student ceramiki), przypadkiem wytwarza murmel. To substancja podobna do plasteliny, która jest – nie do wiary – stworzona z plasteliny właśnie [20]. Piniakowi daleko do powagi klasyków fantastyki naukowej, murmel to nie żadna soma czy melanż [21]. To raczej humor cronenbergowskiej ekranizacji Nagiego lunchu, w której ćpa się proszek do eksterminacji karaluchów.

Mimo niewinnego składu murmel stosowany jako używka jest bardzo niebezpieczny i łatwo go przedawkować – odpowiednia dawka murmelu to cieniutki plaster zamknięty w kwarcowej kulce zwanej murmelką [22]. Murmelki występują w dwubiegunowych parach, odpowiadają za balans kreatywności i narcyzmu. Odpowiednio wykorzystywane mogą leczyć depresję (ale mogą też służyć do dekoracji czapek). Produkcja i dystrybucja murmelu wymyka się spod kontroli, na planecie Ziemia kwitnie handel podróbkami. Balans zostaje zakłócony – co ma niebagatelny wpływ na przebieg wydarzeń historycznych, na przykład polskiej transformacji po 1989 roku, czy rozkwit zjawisk społecznych takich jak homofobia.

Kościoły przyszłości
 
Wpływ na kondycję Polski i Polaków ma też Chrystol. To akurat tytuł pracy malarskiej, przedstawiającej tabletkę tytułowej substancji (ciekawym kontekstem wydaje się tu praca Agnieszki Kurant Placebo z 2018 roku, w formie gabloty wypełnionej opakowaniami fikcyjnych leków z książek, filmów, komiksów i popkultury). Chrystol to silnie uzależniająca substancja, którą jesteśmy karmieni od najmłodszych lat wbrew naszej woli. To ona nie pozwala nam być w pełni sobą i to przez nią czujemy przymus funkcjonowania w sztywnych ramach norm społecznych i płciowych [23]

Tematy Kościoła katolickiego i wytwarzanej przez niego opresji heteronormy przewijają się przez teksty Piniaka, chociaż jak na polską sztukę są to nawiązania dość subtelne, raczej humorystyczne i abstrakcyjne. Kościoły przyszłości, które są stacjami do teleportacji. Podczas teleportacji oglądamy sztukę w telewizorach. […] Chcesz teleportacji? Daj na tacę. Już budują nową katedrę [24].

To specyficzne powiązanie wątków katolickiego wychowania, queeru i fantastyki naukowej kieruje nas w stronę wielkiego artysty-ufologa Mike’a Kelleya [25]. Podobieństw między Piniakiem a Kelleyem można by znaleźć więcej, ale w kontekście literackim warto zwrócić uwagę na to, jak wstyd i trauma młodego geja wychowanego w tradycji katolickiej znajduje ujście w fascynacjach fantastycznonaukowych. W tekście The Aesthetics of Ufology Kelley analizuje przedstawienia przybyszy z kosmosu w kulturze popularnej XX wieku. Czy jest to genitalno-mięsny blob, czy wielkooki szary ludzik bez żadnych otworów ciała – podteksty erotyczne tych przedstawień są bardzo silne, wysyłają równocześnie komunikat, że seks jest czymś potwornym i wynaturzonym [26]. Kelley, dorastając, sam czuł się dosłownie wyalienowany. Empatyzował i utożsamiał się z „potwornymi” obcymi, zamiast czuć do nich zaprogramowane kulturowo obrzydzenie i niechęć. Piniak: To nie jest tylko tak, że wymyślam sobie duszki. Śmichy-chichy. To jest ciągła walka o tożsamość [27].
Przemysław Piniak
CHRYSTOL
 
2020, farba akrylowa na znalezionej płycie meblowej.
Dzięki uprzejmości rodziny artysty i galerii Łęctwo
Śmieci

Samozwańczy futurolog Piniak czasem jednoznacznie osadza akcję w przyszłości. Ta przyszłość jest tak samo przaśna i byle jaka jak teraźniejszość, bo jest zbudowana z tego, co produkujemy, jakby jutra miało nie być – ze śmieci. Z taniego, śmieciowego żarcia, wafli ryżowych i szyszek z ryżu preparowanego. W Szczecinie (a właściwie Szczeczolio) przyszłości prowadzony jest chów klatkowy mieszkańców. Ludzie służą do produkcji chickensów szczecińskich [28]. W roku 2020 można było jeszcze wychodzić z klatek, trzeba było tylko wrócić na noc. Chwalono się wtedy ludźmi z wolnego wybiegu [29]. W roku 2089 (albo 2500 – bo ten motyw pojawia się w kilku pracach) Szczecin będzie wysypiskiem Europy i nadal będzie czekał na wizytacje Światowej Rady Utylizacji [30]. Ze śmieci będą powstawać budynki użyteczności publicznej, ze śmieci (wyłącznie) będzie się robić „szbukę” na „Asatemii Szbuki”. 

Piniak wyśmiewa kampanie reklamowe i hasła marketingowe samorządów i instytucji publicznych [31]. Naoglądały się te Tuski gwiezdnych wojen, i zachciało się science fiction [32]. Z powątpiewaniem ogląda wyrenderowane wizualizacje świetlanej przyszłości, której doczekamy, jeśli tylko zaciśniemy zęby i przeżyjemy ciągnący się 20 lat remont torowiska.

Dziura
 
Chroniczna tymczasowość procesu modernizacji infrastruktury kieruje uwagę futurologa równocześnie w przeszłość i w przyszłość. Dlatego nawet opowiadania z cyklu Księżniczka Marcin (napisane podczas rezydencji w poznańskim Centrum Kultury Zamek przy ulicy Święty Marcin), w których artysta właściwie porzuca konwencję sci-fi na rzecz formy bardziej dziennikowej, flanerystycznej, nostalgizującej, nadal pobrzmiewają echem jego kosmicznych fascynacji.

Odkopywanie. Najpierw podnosisz płytę chodnikową, potem warstwę piachu, folii, parę rurek, warstwę ziemi, warstwę nawierzchni sprzed 200 lat, jakiś kawałek archeologicznego drewnianego artefaktu i znowu ziemi. To wszystko jest sklejone w takiego węża, ciągniesz za chodnik, a wyłazi cała taka dżdżownica zrobiona z tych wszystkich warstw [33]

A potem to samo z innej perspektywy, od spodu: 
Te wszystkie lata, kiedy leżałem pod ziemią, odbierając glebą drgania wywołane przez przejeżdżające dwa metry nade mną tramwaje, myślałem że jestem jajem [34].

Premierzy i deweloperzy obiecują nam nowy wspaniały świat jak tylko skończą się wykopki. A potem my kończymy z dworcem w kształcie chlebaka (Poznań Główny) albo bazarem w kształcie UFO (Rynek Łazarski). Ptako-gepardzice, wróbloki, gołębie i orły są niepocieszone: „miało być gniazdo, chlip chlip, miało być gniazdo, a jest ufo!!!” [35]
 
Fantastyka nienaukowa
 
Science fiction to w ostatnich latach gorący temat w sztukach wizualnych. Bez wątpienia ma na to wpływ gwałtowny rozwój sztucznej inteligencji, ale też mocno rozwinięty dyskurs ekokrytyczny. W tekstach kuratorskich cytowane są Ursula K. LeGuin i Octavia E. Butler. Idzie za tym rozpoznawalna estetyka – retrofuturyzm, technoflorystyczne hybrydy, metal, monochrom. A u Piniaka? Wafle ryżowe i dresy z lumpeksu.
 
Czasem mechanizm działa w drugą stronę – sztuka wizualna staje się punktem wyjścia dla literatury science fiction, jak w przypadku The Employees Olgi Ravn [36]. Zamiast inżynierów i astronautów bohaterkami powieści sci-fi (zarówno mainstreamowych, jak i eksperymentalnych) są artystki i performerki. Praktyka artystyczna Swan, protagonistki 2312 Kima Stanleya Robinsona, polega na tworzeniu planetarnych ekosystemów wewnątrz wydrążonych asteroid. Akcja Portu hwiezdnego Topjo Harry Josephine Giles rozpoczyna się powrotem do domu ze studiów artystycznych. W obu powieściach pierwszoplanowe postaci są queerowe, pogłębione są wątki nieheteronormatywnej seksualności wolnej od ziemskiego binaryzmu.
 
Piniak: Nie jestem facetem, nie jestem też babką, człowiek z kotem to moja tożsamość [37]. Jego pisanie nie jest też ani „spekulatywne”, ani nawet szczególnie „światotwórcze”. Stawką nie jest realistyczny worldbuilding alternatywnych światów ani przewidywanie przyszłości świata defaultowego. Science fiction to u Piniaka sztafaż, dekoracja (narrator Palca Piłsudskiego buduje księżyce z cegły). Konwencja SF pozwala uchwycić specyficzną kondycję psychiczną mieszkańca Polski drugiej dekady XXI wieku. Zdobycze cywilizacji cyfrowej służą nam do totalnych głupot: chleb z druku 3D? A z rolki nie było? [38]. Nasza codzienność naszpikowana jest zaawansowaną technologią, ale używamy jej głównie do mnożenia stereotypów i fake newsów, karmiąc nasze demony sieczki w głowiedemony screenshotów. Materiały found footage, których używa Piniak, chociaż „autentyczne”, po wmontowaniu w jego słuchowiska robią się bardziej dziwaczne niż najdziwaczniejsze zakrętasy jego weird fiction. Pierwsze wirale z początków polskiego YouTube’a, relacje z otwarć prowincjonalnych McDonaldów, słynne nagranie głosu Józefa Piłsudskiego z 1924 roku („Stoję przed jakąś dziwaczną trąbą…”)[39] sprawiają wrażenie materiałów stworzonych przez kosmitów, którzy bardzo starają się cosplayować Ziemian, ale totalnie im to nie wychodzi.
 
Piniaka łączy z Marszałkiem pewna podejrzliwość wobec nowinek technicznych: Od dziecka bałem się komputerów [40]. Właśnie z tego względu zostaje on wybrany do udziału w eksperymencie artystyczno-naukowym:

Tysiące laserów rozcinało mnie i sklejało z powrotem i rozcinało i sklejało. Jak szynkę. Naukowiec mógł dzięki temu zarejestrować przekrój człowieka, nawet jego wnętrze. Zrobiło mi się głupio, bo wczoraj zjadłem Asado. Argentyńską potrawę z serc nietoperza, nabitych na szpadę, zgrillowanych na medium rare. Przecież nikt mnie nie uprzedził, że mam być na czczo!! [41]  
 
Piniak nabija się też z dominującego w medialnym i politycznym mainstreamie technooptymizmu. Jego uwadze nie umyka koniunkturalizm, który skłania artystów do podejmowania pewnych tematów: Wyszliśmy na mały balkonik przed pracownią i powitały nas oklaski i wiwaty. Jak astronautów po udanej misji. Ten projekt znaczył naprawdę wiele dla Miasta Poznań. Tego roku zostaliśmy w większości podsumowań ogólnopolskich wytypowani na najlepszych artystów roku [42].
 
Fantastyka Piniaka to fantastyka nienaukowa. 

Przyszłościówka [43]
  
Przede wszystkim jednak Piniak zaprzęga sci-fi do literackiej roboty dla własnej frajdy. Kolejne wynalazki i podróże w czasoprzestrzeni pozwalają mu ciągnąć dalej gawędę, nakręcać w nieskończoność absurdalną maszynkę narracyjną jak z Przygód Buckaroo Banzai. Science fiction to gatunek o bogatej tradycji satyrycznej i (auto)parodystycznej, i taki właśnie charakter ma w prozie Piniaka. Jego neologizmy więcej mają w sobie ze słowotwórstwa Stanisława Lema niż z Masłowskiej.  

Mimo wszystko wydaje mi się, że u źródeł tego pisania leży nie literatura, tylko kino. Słyszysz mroczne basy i riffy, smutek dzyń dzyń dzyń, ta scena w filmie kiedy po śmierci ukochanej przemierzał pustynię na motorze[44]. A w sumie to nawet bardziej telewizja niż kino: Czwarta klasa. W TVP rozpoczyna się emisja Klanu. To wydarzenie odmieniło nasze życie na zawsze. […] Bravo, koncerty Varius Manx, Piaska, Kasi Kowalskiej, program Idol, złote myśli, wróżby, festiwal filmowy w Międzyzdrojach[45].

W telewizorze Piniaka na pewno leciała klasyka: Żona Lucasa przemontowała pierwszą część gwiezdnych wojen i uratowała mu dupę[46]. Ale pewnie też komedie sci-fi i sensacyjna przyszłościówka klasy B, która na przełomie wieków zalała polską telewizję i wypożyczalnie kaset wideo (Jakiekolwiek hasło plus zwłoki równa się zbrodnia[47]). Parodie „poważnych” franczyz SF, jacyś Faceci w czerni czy Kosmiczne jaja. Piniak ma słabość do gagów i totalnych sucharów: Stan żelazka to jest stan, że laska – że jesteś laska[48]

Komizm w kinie sci-fi często osiągany był za pomocą motywu „wojny płci”. Służyło to zwykle powielaniu dość koszmarnych stereotypów płciowych i zakładało defaultową heteroseksualność [49]. Piniak bierze przyciężkawy „humor genderowy” rodem z Seksmisji i queeruje go na własnym bazarku: A te nakrapiane jajka to jakie? A to z Wróbloki, z parki jednopłciowej[50]. Wciela się w galerię stereotypowo „damskich” i „męskich” postaci (artystki, papieża, księżniczki, wynalazcy), zmieniając w locie kostiumy i zaimki. Zdarza się, że szyki krzyżują mu wredne niekobiety[51]. Planetę much z Prącia przepychu Piniaka możemy w takim układzie potraktować jako miniqueerowy retelling Muchy Cronenberga: Dwie muchy, ta zrobiona przez naukowca i ta zrobiona przez artystę. […] Niedzielna kawa przeradza się w orgię. Po paru głębszych sąsiad z góry rozbiera się, staje na środku pokoju i nadziewa pączka na swego gnata. Po kwadransie wszyscy latają z ponadziewanymi pączkami jak opętani. Pełen odlot, unoszą się nad ziemią i wirują w powietrzu. Nic im więcej nie potrzeba, żadnego dotyku innych. Tylko ten stan. Uczucie marmelady dziamgającej o twe najdelikatniejsze twory skórne. W pączki wtryskiwane są płyny ustrojowe. Po tym jakże barwnym trzydniowym towarzyskim spotkaniu sprzątasz cały dzień zlizując lukier ze ścian […][52].

Człowiek człowiekowi ufo [53] 
 
Pisanie Piniaka jest kreacyjne, fantastyczne, fantastycznonaukowe. Ale jest też – i może jest takie przede wszystkim – konfesyjne, boleśnie autobiograficzne. Najbardziej uderzające są te momenty, w których te dwa pozornie nieprzystające do siebie tryby się spotykają: Zastanawiam się dlaczego zawsze umieszczam siebie na innej planecie, na innej ziemi, na innej łące[54]

Piniak sam siebie uznaje za odmieńca, dziwaka, kosmitę. Wszystkie oczy skierowane były na mnie, chudą, androgyniczną wylinkę [55]. Dręczy go obsesyjne poczucie bycia nieustannie obserwowanym i ocenianym – przez mijanych na ulicy ludzi, ale nawet przez kraby z Lidla[56]. Żeby to jakoś wytrzymać, trzeba uciec: Zajadasz się chmurami, kompulsywnie, jak watą, blokując wszystko[57]. Uciec można do własnej głowy (ale tam też bywa nieciekawie) albo na inną planetę. 

Czas 
 
Wektor ucieczki to przyszłość albo przeszłość. 

Od najmłodszych lat wyobrażenie liczb, w każdej sytuacji, jest horyzontalną osią. […] To, co pod zerem jest ciemne, a potem czarne. Ale gdzieś daleko na minusie znowu wraca do jasnego. Ponad zerem, do dziesiątki, jeszcze szaro. Jak niebo o wczesnym świcie. Potem już tylko biel. Też tak macie? 
Tak samo mam z czasem. […] Po prostu kosmos. Rozszerzający się ciągle kosmos. […] Czasami udaje się spojrzeć na oś czasu, która jest całym życiem. Dzieciństwo jest musztardowym ciepłym jak korytarz u dziadków, bardzo bezpiecznym okresem. […] Potem ciekawą obserwacją jest, że okres od 19 do 25 roku życia widzę jako czyste światło, światło wschodzącego słońca, ale już jasne, a w tym także mnóstwo czystego powietrza. Ten okres to lato.
 
Cofnąć czas[58].

Co czytać?
 
Co czytać, żeby ustawić sobie Piniaka na jakiejś literackiej osi czasu? Mimo wszystkich moich wcześniejszych zastrzeżeń. Czytając Piniaka i pisząc o Piniaku, wracałam myślami do książek klasyczek i klasyków sci-fi, u których płeć, tożsamość i seksualność w ciekawy sposób wykraczają poza heteroseksualny binaryzm: The Female Man Joanny Russ, Punkt Einsteina Samuela R. Delany’ego, opowiadania Izumi Suzuki czy Alice Hastings Bradley (James Tiptree Jr.). Oczywiście gdzieś tam jest też Ursula K. LeGuin (Lewa ręka ciemności) i Octavia E. Butler (Xenogenesis).  

Jeśli chodzi o literaturę polską, moje skojarzenia szły raczej w stronę autorów, u których dużo się łazi po mieście, ale na tej ulicy też czasem zdarzy się coś nie z tego świata. To Andrzej Szpindler, którego proza ma podobną do piniakowej gęstość, albo Adam Kaczanowski (sąsiedzkie piekło Ze Słowackiego). Ze starszych rzeczy Ryszard Schubert, u którego jest i Poznań, i bezbłędne gadanie „babskie”. No i jest ten Białoszewski z wielu powodów, ufologicznych też. W Tajnym dzienniku co rusz pojawia się jakaś relacja z widzenia UFO: na wakacjach nad Bałtykiem, nad warszawskim blokowiskiem, w Falenicy, Tczewie i Garwolinie. Aż się to zaczyna Białoszewskiemu wkradać do snów: 
Ściemnia się. Nagle spostrzegam mały wirujący talerz. Na wysokości półczłowieka. Podbiegam. Czy to nie taśma magnetofonowa? Ale przecież to samo wiruje i świeci. UFO? […] UFO zatrzymało się, coś zostawiło. Podlatuję. Gorące przedmiociki. Hieroglifiki. Kamuszki, amulety. 
— Wygląda to na znaki zostawione przez nich, ale one są podejrzanie podobne do rzeźbek, które robiła z gliny Hania Swenowa. Ona robiła zawsze szybko, dlatego takie gorące. Ale może to tamci?[59]

Znowu mi się wszystko łączy, wszystko mi pasuje: kosmici, taśma magnetofonowa, rzeźbki. To tak jak u Piniaka. A przecież jeszcze miało być o słuchowiskach, o radiu: że z jednej strony Wojna światów Orsona Wellesa, a z drugiej Teatr Polskiego Radia i Matysiakowie. Stop, zostawiam.

Pisanie
 
Jeden: posprzątanie wszystkich swoich pracowni.
Dwa: folderów, portfolio, zdjęć.
Trzy: proces odwrotny do nawarstwiania się.
Cztery: proces odcinania skrawków.
Pięć: huba na hubie, huba na hubie, a na niej kolejna huba, i kolejna huba.
Sześć: skrawanie narośli.
Siedem: rozpalanie energii słonecznej.
Osiem: zero musi być w punkcie zero.
Dziewięć: zero nie może być w punkcie zero.
Dziesięć: uratować świat[60].

Okej, to wcale nie jest cytat o pisaniu. To fragment z filmu / dokamerowego czytania performatywnego Ciepła Wojna, który jest (chyba) o czymś zupełnie innym. Jak to zwykle u Piniaka: mamy jakąś legendę, jakiś kult solarny, jakieś plemiona pierwotne, ale takie z przyszłości (To jest szał na miarę 2179 roku![61]). Trochę Na srebrnym globie, ale tak naprawdę chodzi w tym wszystkim o malarstwo (i płeć). W pewnym momencie jednak (dość umowna) fabuła zostaje przerwana. Piniak w kartonowym nakryciu głowy przypominającym podwójną koronę faraona recytuje swoje dziesięć przykazań. Na potrzeby tego tekstu i na własne potrzeby uznaję tę listę za receptę na pisanie. Na pisanie i na uratowanie świata. 
 
[Widzowie wychodzą z kina i są rozentuzjazmowani[62]].

Podziel się

Home|Magazyn MSN|
Planeta Piniak. Literackie wymiary twórczości Piniaka Przemysława