Magazyn MSN

Niezłomne trwanie, radykalna wyobraźnia

Julie Mehretu
Tegorocznym absolwentom i absolwentkom RISD pragnę powiedzieć: Ta praca, z której najwięcej wynika, bierze się z dyskomfortu, z konfrontowania się z niepewnością.

I. Początek

 
To dla mnie zaszczyt, móc być tu dzisiaj z wami. Sama pamiętam ten moment. Pamiętam, jak stałam tam, gdzie wy teraz, w tym mieście, czując jego światło, to, jak Providence się mieni, jego wodę, jego wzniesienia, czując to wszystko naraz — niepokój, radość, tę dziwną ulgę po doprowadzeniu do końca czegoś naprawdę trudnego, czegoś, co wymaga od nas, żebyśmy dali z siebie wszystko. Zanim powiem więcej, chcę wam przede wszystkim pogratulować. Dokonaliście czegoś radykalnego, i to nie dziś, nie chodzi o dyplom, tylko o coś wcześniej. Ta najbardziej radykalna rzecz wydarzyła się lata temu, kiedy uznaliście, że świat do czegoś was prowokuje — być może subtelnie, albo właśnie nie. Dobrze znam ten głos w głowie i tę potrzebę tworzenia, jeszcze bez świadomości tego, co to tak naprawdę oznacza. Dorastałam w Michigan, w rodzinie, która przybyła z Etiopii i która miała wielkie zamiłowanie do sztuki, chociaż nie obcowała dużo ze sztuką współczesną; w rodzinie, która darzyła wielką miłością mnie i chciała dla mnie takiego życia, które zapewni mi bezpieczeństwo, a jednocześnie będzie dla nich zrozumiałe. Tymczasem ja, dorastając, łamałam jeden schemat za drugim, jeśli chodzi o wyobrażenie moich bliskich o świecie i życiu: queerowość to jedno, do tego lata pracy w knajpach, jako kelnerka, no i marzenie o artystycznej karierze. Do tego miejsca, w którym jestem, w którym moje życie składa się wyłącznie z tworzenia, myślenia, patrzenia — otóż w to miejsce nie zaprowadziła mnie droga, którą ktoś by dla mnie wytyczył i mi pokazał. Musiałam sama to miejsce odnaleźć, a potem dobrnąć do niego, na przekór poważnym przeciwnościom i wbrew poważnemu zwątpieniu, także mojemu własnemu. Nie mówię o tym po to, żeby się puszyć, tutaj wciąż chodzi o was; mówię o tym, bo chcę, żebyście pamiętali: bez względu na to, jaką drogę wy sami przeszliście, żeby się tu znaleźć (geograficznie, kulturowo, finansowo, charakterologicznie) — ta droga ma ścisły związek z waszą artystyczną pracą, ona biegnie przez sam jej środek. Jest częścią tego, co wiecie tylko wy, a czego inni nie widzą: kim są wasi rodzice, z czego się utrzymywaliście, jak się kombinowało, żeby mieć stabilność, żeby żyć oszczędniej, ile razy padało pytanie: „Ale na co ci się to przyda?”, ile razy coś mówiło wam: „Móc tworzyć to luksus, sztuka to ucieczka od rzeczywistości, prawdziwa praca na tym świecie polega na czymś innym”. A wy się temu wszystkiemu nie daliście. Poświęciliście cztery lata swojego życia (i jeszcze dwa lub trzy, jeśli jesteście już po magisterce), siedzieliście do późna, zarywaliście noce, potykaliście się, podnosiliście się, przełamywaliście się, krok po kroku formowaliście się jako myślące, czujące, tworzące ludzkie istoty — głęboko wierząc, że powoływanie do życia czegoś, co jeszcze przed chwilą nie istniało, nie jest stratą czasu, że to ma wartość, że być może nie ma na świecie nic bardziej wartościowego niż właśnie to. W tym rozpoznaniu miała swój początek wasza praca — ciężka, niezbędna, nigdy niekończąca się praca w tej sferze, której nie wolno mi nazwać inaczej niż radykalnym imaginarium; w sferze głębokiej, twórczej potencjalności, gdzie nierealne zamienia się w wyobrażalne, gdzie to, jak wygląda rzeczywistość, ustępuje miejsca temu, jak rzeczywistość mogłaby wyglądać. Tym żyliście przez ostatnie lata na RISD i dziś zabieracie to z sobą w dalszą drogę, gdzie by ona nie wiodła — przez noszenie talerzy, czy przez robotę w Pixarze, czy przez współpracę z architektem albo projektantką, których zawsze podziwialiście.

II. Przeprosiny

Ale zanim przystąpimy do świętowania, jesteśmy wam winni przeprosiny. Świat, który wam oddajemy, trzyma się na słowo honoru, jest zepsuty — ekologicznie, politycznie, instytucjonalnie. Dwudziestowieczne obietnice postępu i wzrostu, napędzające ekspansję liberalnej demokracji i nowoczesnych technologii, nie znalazły odbicia w rzeczywistości. Jako pokolenie, które miało przypilnować tych mechanizmów, wymyślić je od nowa, mając do tego wszelkie narzędzia, świadomi wszelkich zagrożeń i każdej szansy na wynalezienie czegoś lepszego — nie stanęliśmy na wysokości zadania. Zamiast tego jedynie utrwaliliśmy porządek oparty na eksploatacji. Pozwoliliśmy, aby nowe technologie syciły dalej ten sam głód, karmiły wciąż te same, niedzisiejsze ambicje. Wyhodowaliśmy sobie zglobalizowaną skrajną prawicę i faszyzm, które teraz podkopują fundamenty demokratycznego społeczeństwa. Dopuściliśmy do koncentracji majątku na taką skalę, że jakakolwiek wzmianka o możliwym powszechnym dobrobycie zakrawa na kpinę. Biernie patrzyliśmy, jak depcze się zapisy prawa międzynarodowego, jak wybuchają i toczą się niepotrzebne, okropne wojny, jak dochodzi do zbrodni przeciwko ludzkości — i z jakiegoś powodu w dalszym ciągu stawialiśmy na destrukcję, a nie odbudowę; na mnożenie zysków, a nie współczucie czy stwarzanie szans; na pozbawianie ludzi wolności, a nie umożliwianie poprawy; na umysłową ciasnotę i paranoję, a nie humanizm czy hojność i otwartość. Technologię (która mogła posłużyć do stworzenia czegoś naprawdę nowego) zaprzęgnęliśmy przy tym do starych jak świat, zaborczych celów, pozwoliła nam ona po prostu realizować te cele szybciej i bardziej bezkarnie niż kiedykolwiek wcześniej: mamy zrobotyzowane maszyny wojenne, mechaniczne psy z miotaczem ognia w pysku, coraz potężniejszą sztuczną inteligencję, która nie poszerza granic generatywnej wyobraźni, tylko granice akumulacji kapitału, a do tego media nazywane społecznościowymi, które unieważniły pojęcie prawdy, a z nią i prawdziwej wspólnoty. To właśnie udało nam się osiągnąć przy pomocy naszych najświetniejszych narzędzi. Nie zamierzam tego bagatelizować ani przemilczać, bo doskonale zdajecie sobie z tego sprawę. Wyrośliście w tym. Dostajecie to po nas w spadku. Zasługujecie przynajmniej na to, żeby ktoś stanął przed wami i przyznał wprost: to nasza wina — nas wszystkich, którzy jesteśmy tu już jakiś czas, każdego kolejnego pokolenia, które miało narzędzia i rozumiało niebezpieczeństwa, i chociaż widziało szanse na zmianę trajektorii, to jednak ich nie wykorzystało (albo nie do końca, niewystarczająco). Sytuacja jest dramatyczna, a my przekazujemy ster w wasze ręce. Wiem, to nie jest coś, co chcielibyście usłyszeć w taki dzień jak dziś. Wiem, że nie prosiliście się o taki spadek. Ale też wiem, jakiego rodzaju ludzi mam tu dziś przed sobą. Wiem, czego uczyliście się przez ostatnich kilka lat. I słysząc to nawracające pytanie — „Jak możemy wymyślić od nowa to wszystko, co sami niemal doszczętnie zniszczyliśmy?” — nie mam wątpliwości, że wy, wyćwiczeni w poruszaniu się po radykalnych imaginariach, znajdziecie na nie odpowiedź.
 

III. Grzyb

Kilka lat temu, w pierwszych miesiącach pandemii i lockdownu, wpadła mi w ręce książka, do której od tamtej pory regularnie wracam. Nosi tytuł: Grzyb u kresu świata, autorką jest antropolożka Anna Lowenhaupt Tsing. Na najbardziej podstawowym poziomie to jest książka o pewnym grzybie — o matsutake, gąsce sosnowej, która w Japonii stanowi przysmak i osiąga na rynku zawrotne ceny. Zarazem jest to w istocie książka o specyficznym problemie, ponieważ stawia pytanie, z którym i ja chcę was dzisiaj skonfrontować: Co takiego przetrwa w ruinach, które po sobie zostawiamy? Gąska sosnowa należy do najbardziej osobliwych zjawisk w naturze. Nie da się jej hodować. Nie rośnie w zdrowych lasach ani w regulowanym środowisku, w kontrolowanych warunkach. Rośnie wyłącznie w lasach, które ucierpiały pod wpływem działalności człowieka — od wyrębu, pożarów, skażenia — na zdewastowanych obszarach, których nawet nie próbujemy ratować. W takich miejscach udaje się jej przetrwać, mało tego: takie miejsca obfitują w gąskę sosnową. Ten grzyb dokonuje czegoś nadzwyczajnego. A przy okazji, wraz z jego pojawieniem się las pomału się odradza, staje się znowu możliwy — nie w swoim dawnym kształcie, ale w nowym, pod postacią, która nie mogłaby zaistnieć, gdyby nie poprzedzające ją zniszczenie. Matsutake nie tyle regeneruje las, ile tworzy coś całkiem nowego, i to w okolicznościach, w jakich nie spodziewalibyśmy się nigdy więcej ujrzeć jakiejkolwiek formy życia. To jest opowieść o radykalnej inwencji, nie odbudowywaniu przeszłości — o tym, że życie potrafi rozkwitać na gruzach, że nie kończy się na opłakiwaniu tego, co bezpowrotnie stracone. Autorka odkrywa przy tym cały ekosystem (ludzki i ponadludzki, gospodarczy i ekologiczny, interkontynentalny i międzykulturowy), który rozwinął się wokół tego grzyba. Występują w nim, między innymi: japońscy smakosze; dawni partyzanci z ludu Hmong, którzy teraz zajmują się w lasach zbieractwem; fińscy przewodnicy leśni; pasterze kóz z chińskiej mniejszości etnicznej Yi; a także kupcy, kapitaliści. Wszyscy oni wzrastają na różnego rodzaju obrzeżach, w przestrzeni skrajnej niepewności, pomiędzy tym, co minęło, a tym — czymkolwiek — co dopiero ma nadejść. Wszyscy oni wytwarzają sens, relacje, a nawet piękno — pośród ruin czegoś, co zakończyło się niepowodzeniem. Tsing nazywa ten tryb „przetrwaniem opartym na współpracy”, albo „współprzetrwaniem”, i ja w tym widzę fantastyczną afirmację; dokładnie w ten sposób rozumiem twórczość. Pytanie, które nasuwa matsutake — „Co może żyć i prosperować, kwitnąć i tworzyć nowe życie w ruinach, które po sobie zostawiamy?” — jest pytaniem z dziedziny sztuki i projektowania. To pytanie, na które wszystkich nas zebranych w tej sali uczono szukać odpowiedzi, czy sobie z tego zdawaliśmy sprawę czy nie.

IV. Epistemologia pracowni

Jako malarka często uczyłam się czegoś ważnego w procesie, przy pracy. Chciałabym podzielić się z wami tym, czego nauczyła mnie moja własna pracownia — nie po to, żeby powspominać, ale żeby was ośmielić. Bo najlepszą pracę wykonuję wtedy, kiedy nie pracuje mój mózg, moja głowa. To brzmi dziwnie, ale każdy artysta i każda artystka w tej sali dobrze wie, o co mi chodzi. Jest taki stan, w który czasami wchodzimy (niektórzy mówią na to: flow). Każde z was wchodziło w ten stan, w waszych najjaśniejszych chwilach, późną nocą, a wtedy to, nad czym pracowaliście, czymś was zaskakiwało — ręka jakby wiedziała coś, czego nie byliście świadomi umysłowo, podejmowaliście decyzje wzrokiem, intuicyjnie, czerpiąc ze wszystkiego, co kiedykolwiek zobaczyliście i przestudiowaliście i poczuliście, czerpiąc jak gdyby znikąd, z jakiegoś „nigdzie”, bo do głosu doszedł przypadek i wy pozwoliliście mu się poprowadzić, i okazało się, że w tej nieokreśloności jest metoda. Chciałabym doprecyzować, czym to właściwie jest, ponieważ my ten stan osiągamy nieprzypadkowo; to nie jest tak, że on na nas magicznie spływa. Intuicja to zmysł, który możemy rozwijać, powoli budujemy ją poprzez dyscyplinę: przez uważność, przez niesłabnącą ciekawość wszystkiego — na przykład gdy późnym popołudniem do pracowni wpada to wyjątkowe światło i każe przemyśleć od nowa całe nasze podejście do koloru, albo gdy obraz, nad którym pracujemy, odbija się w lustrze i coś w tym odbiciu, które oglądamy przez krótką chwilę, pod dziwnym kątem i w poprzek, staje się nagle absolutnie kluczową kwestią; materiał mówi do nas, o ile tylko chcemy go słuchać. To umiejętność, i jest to jedna z najbardziej wymagających i zarazem najważniejszych umiejętności. A wymaga ona przede wszystkim cierpliwości, a także głębokiej wewnętrznej zgody na to, że czegoś jeszcze nie wiemy — wtedy niewiedza, zamiast nas paraliżować, podpowiada nam możliwości, dzięki niej wyczuwamy różne potencjalności; niepewność to przestrzeń, w której wydarza się esencjonalna artystyczna praca. Kiedy pozwalam głowie prowadzić rękę, kiedy próbuję wmyślić się w obraz, wejść w niego czysto intelektualnie — wtedy ta przestrzeń się zamyka. Wkrada się skrępowanie, praca robi się wtórna. Zatem tę pracę, z której najwięcej wynika, wykonujemy w strefie dyskomfortu, kiedy godzimy się na niepewność, na niewiedzę, kiedy nie uznajemy czegoś za skończone, dopóki to coś samo nie powie ostatniego słowa. Taka postawa jest potwornie trudna, wymaga ogromnej dyscypliny, wręcz na granicy ludzkich możliwości: praktykowanie otwartości w niepewności, tworzenie czegoś z niczego, sięganie w sam środek radykalnego imaginarium i wydobywanie stamtąd rzeczy, o których wcześniej nie było mowy, których nie dało się zaplanować. I co więcej, tej pracy nie wykonuje się w pojedynkę. Cokolwiek robimy w pracowni, to dzieje się w ciągłym dialogu z przodkami, z kosmiczną przeszłością i spekulatywną przyszłością, z innymi artystami, z przyjaciółmi, ze sztuką, która nas zachwyca, i ze sztuką, która nas wytrąca z równowagi, z książkami, po których coś w nas pękło, z filmem, który pokazał nam, że można inaczej patrzeć, z muzyką, która weszła nam w ciało i poprzestawiała coś w środku. To wszystko ma swój udział w procesie twórczym. To wszystko towarzyszy nam w pracowni, nawet gdy jesteśmy tam sami. Dlatego musimy polegać na sobie nawzajem. Pracować kolektywnie. Budować takie relacje, w których możemy nawzajem kwestionować nie tylko swoją pracę, ale też swoje przeświadczenia; zwłaszcza te przeświadczenia, z których nie do końca zdajemy sobie sprawę — czyli te najgłębsze, które wydają nam się oczywistością — bo to one najwięcej zmieniają. Jeżeli dzisiaj, z tego miejsca, w tym poturbowanym i pogruchotanym, a jednak niesamowitym świecie mogę coś w was zaszczepić, niech to będzie jedno: że w tej praktyce, o której mówię, jest odpowiedź na kryzys, którym was obarczamy. To, co potrafią artyści — co wy potraficie, czego przez tych ostatnich kilka lat uczyły się wasze ręce, wasze oczy, wasz układ nerwowy — nie jest tym, czego życzyłby sobie ten zepsuty świat. Potraficie kwestionować założenia, zanim je przyjmiecie. Potraficie trwać w zawieszeniu tak długo, aż zmaterializuje się coś naprawdę autentycznego. Potraficie wymyślać rzeczy, których nie było — i rozwijać je tak wytrwale, czynić je tak osobliwymi i oryginalnymi, że po prostu nie mogą się nie urzeczywistnić. Na tym polega ta praca. Wiem to, bo sama uczyłam się tutaj, na RISD. Tu musiałam po raz pierwszy wyrzucić z głowy wszystko, co kiedykolwiek sobie pomyślałam o malowaniu, o tworzeniu, o tym, co znaczy własny głos. Tu musiałam wyrzec się naśladownictwa, zapomnieć o trendach, zabronić sobie iść na łatwiznę, a zamiast tego znaleźć coś, co należy do mnie i do nikogo innego, co płynie z moich własnych doświadczeń, z mojego życia, z indywidualnego sposobu patrzenia. Ta praca — praca nad inwencją, przeciwko wtórności — zaczęła się tutaj, w tych pracowniach, w tym mieście, z pedagogami, którzy nie pozwalali mi iść na skróty. Teraz to też wasza praktyka, wasza postawa, dziś zabieracie ją z sobą i będziecie ją wzmacniać przez resztę życia. Do was należy remiks, sampling, demontaż i rekombinacja. Wy z wraku roztrzaskanej kultury składacie coś zupełnie nowego, w nowym języku, którym posługujecie się z niewiarygodną biegłością. Łączycie tyle różnych porządków, kontekstów, uniwersów, i robicie to jakby od niechcenia, ironicznie i nihilistycznie — te niezliczone memy, których nawet nie będę próbowała wymieniać, w każdym razie wiecie doskonale, o czym mówię: te starsze, jak „this is fine” [jest okej] (piesek siedzący sobie jak gdyby nigdy nic w płonącym domu), i te o światowych przywódcach, którzy kompromitują się na naszych oczach, i o politycznych i społecznych skandalach i katastrofach (od Epsteina do hantawirusa, błyskotliwie komentujecie absurdalną współczesność, jej ustawiczne samozaoranie). A pod powierzchnią tego wszystkiego jest coś, co mnie autentycznie wzrusza: wyczuwalne, niemal bezczelne domaganie się jakiejś innej przyszłości, wasz prześmiewczy, ironiczny optymizm, będący wyrafinowaną formą spekulacji. Żyjecie i tworzycie poza wszelką zerojedynkowością, w niebinarności, w skomplikowanych realiach wszechobecnych sprzeczności, w warunkach, które nie oferują żadnych stabilnych sensów. Dokładnie tak wygląda życie wśród ruin, ale z wyobraźnią, która ani na moment nie przestaje pracować. Matsutake pleni się tam, gdzie nie rośnie nic innego. Czy wam też może się to udać? I czy nam też może się to udać?

V. Postulat

Ufajcie temu, nad czym pracujecie. Ufajcie obsesjom, które was tutaj zaprowadziły — temu żywiołowemu, czasem niewytłumaczalnemu pragnieniu stworzenia czegoś, czego jeszcze nie było; pragnieniu piękna, do którego dążycie, poetyce, która was porusza, temu czemuś, co próbujecie wydobyć z radykalnego imaginarium. To nie jest żaden luksus, natomiast to jest potężne narzędzie. Świat, który macie przed oczami — niestabilny, pełen sprzeczności, brutalny, zapierający dech w piersiach, podniosły, nierozstrzygalny — on już jest częścią waszego dzieła. Kultury i sztuki nie tworzy się gdzieś indziej, poza tym światem, żeby je tu potem importować. One biorą się z obserwowania tego świata, z bycia jego świadkiem, z odczuwania go, z tego, że nie odwracamy od niego wzroku. Wszystko, co porusza was do głębi w pracowni, pochodzi ze świata, który zamieszkujecie, któremu poświęcacie swoją uwagę, bez względu na to, czy właśnie w ten sposób o tym myślicie i mówicie. Poetyckość i piękno zawsze mają swój bagaż. To za ich pomocą człowiek od niepamiętnych czasów radzi sobie z tym, czego nie może znieść, czemu nie dał się złamać, za ich pomocą wymyśla, wyobraża to, co jeszcze nie jest możliwe, dzięki nim nie przestaje wierzyć, że jednak może być inaczej. Malarstwo, przed którym stajemy jak wryci, architektura, którą czujemy w ciele, wzornictwo tak celne, że wydaje się nieuniknione, a jednocześnie w jakiś sposób kruche — to są nasze argumenty w sporze o lepszy świat, od zawsze. Artyści potrafią coś, czego nie potrafi prawie nikt inny: operują wewnątrz sprzeczności, nie rozstrzygając jej przedwcześnie; łączą przeciwstawne pierwiastki — piękno i rozpad, żałobę i pożądanie, prywatne i polityczne, wyrafinowane i tragiczne — i pozwalają im współistnieć, nie narzucając żadnego definitywnego rozwiązania. Świat jest pełen ludzi, którym potrzebna jest jasność, jednoznaczność, którzy mając wybór, wybierają najprostszą z odpowiedzi — bo te trudne są zbyt niewygodne. Wy przez te wszystkie lata uczyliście się postępować odwrotnie i to jest najbardziej wyrafinowany sposób myślenia, jaki można sobie wyobrazić. Więc nie przestawajcie. Dawajcie światu to piękno i dyscyplinę, te obsesje i żywiołowość. Siedźcie do późna, zaczynajcie od nowa, malujcie do skutku, aż w końcu zobaczycie pod dziwnym kątem coś nieoczekiwanego i to się okaże kluczowe. Niech wybrzmi wasz żal do świata i wasz gniew, wasza furia, i wasza delikatność, i wasze nieodparte pragnienie stworzenia czegoś ważnego, czegoś, co robi różnicę. Stawajcie (jak powiedziałby Bryan Stevenson) blisko cierpienia, nie dokumentujcie go z dystansu, ponieważ ta bliskość was zmieni — a co zmieni was, to zmieni wasze dzieło, a wtedy ono spowoduje gdzieś jeszcze inną zmianę. Nie dawajcie się nabrać na wszelkiego rodzaju stare polityczne i społeczne dualizmy. Kwestionujcie, weryfikujcie to, co się wam oferuje — wybory, jakich będziecie mieli dokonać, narracje, jakimi będzie się was karmić, i kontrnarracje, i sprzeczne wspomnienia, i konkurencyjne przyszłości. Trwajcie w tym nieporządku, w niejasności. Wybierajcie uważnie, co ma z wami zostać, co ma rosnąć i ewoluować, a co jest do wyrzucenia. Pamiętajcie, że nic nigdy nie sprowadza się do prostego wyboru: racja czy manipulacja, dobro czy zło, wysokie czy niskie, nauka czy mit, technologia czy natura. Niech każda wasza decyzja będzie naprawdę wasza — w kwestii tworzywa, jakiego użyjecie, historii, jaką opowiecie, głosu, któremu powolicie wybrzmieć, założeń, które odrzucicie, i jakiejkolwiek konkurencyjnej przyszłości, którą będziecie konstruować. Tutaj nic nie jest obojętne, bo wszystko jest kwestią tego, jakiego rodzaju świat chcecie budować. Podchodźcie radykalnie do tego, co to wszystko oznacza. Wymyślcie od nowa taki ekosystem twórczości, którego nie będą dotyczyły ograniczenia rynku i nauki. I myślcie — krytycznie, uczciwie, nieugięcie — o wszystkich sposobach, jakimi przez stulecia używano sztuki i architektury zarówno do uwalniania, jak i do niewolenia zmysłów. Macie pełne prawo rozprawić się z tą historią i skierować ją na inne tory. Najpiękniejsza rzecz, jaką stworzycie, może jednocześnie okazać się tą najpotrzebniejszą. Jedno nie wyklucza drugiego. Artystki i artyści, którzy w pełni wykorzystywali swój dar, swoje zdolności, i którzy w pełni rozumieli i zepsucie tego świata, i jego niezwykłość, nigdy nie uważali tych dwóch rzeczy za sprzeczne. Matsutake rozplenia się tam, gdzie nie chce się przyjąć nic innego. Matsutake rośnie tu i teraz, w was wszystkich. Oto jesteście. Wy już dobrze wiecie, co robić.

VI. Domknięcie

Jesteście pięknym, wnikliwym, błyskotliwym, inspirującym pokoleniem. Łatwość, z jaką poruszacie się po labiryncie sprzeczności współczesnego świata, absolutnie imponuje nam, starszym, którzy byliśmy tu przed wami. To, co nas dezorientuje, co tym bardziej dezorientuje naszych rodziców i mentorów — niebinarność, płynność, nierozstrzygalność, nieprzebrana mnogość wszystkiego — dla was jest naturalnym stanem rzeczy. Z pojawiających się możliwości korzystacie w sposób, jakiego my wszyscy wciąż próbujemy się nauczyć. Stare konstrukty społeczne przekreślacie nie przez zuchwałość czy lekkomyślność, ale dzięki jakiemuś instynktownemu wyczuciu prawdy. Macie do dyspozycji narzędzia, o jakich nam się nawet nie śniło. I macie niezwykłe poczucie humoru — pomysłowe, płodne i radykalne tak jak wasza wyobraźnia; takie są wasze memy, remiksy, taka jest wasza przewrotna radość w obliczu rozpadającego się, płonącego świata. To wszystko wyraz nadzwyczajnej twórczej inteligencji. To matsutake w rozkwicie, tu i teraz, w tej sali. Jestem zaszczycona, że mogłam być tu dzisiaj z wami, jestem z was dumna i chciałabym już dziś zobaczyć świat, który wy stworzycie. Macie powody do świętowania. Macie wszelkie powody cieszyć się z tego, co właśnie osiągnęliście. Drogie absolwentki, drodzy absolwenci roku 2026 — gratulacje!

Podziel się

Home|Magazyn MSN|
Niezłomne trwanie, radykalna wyobraźnia