Magazyn MSN

Minh Lan Tran

Esej Guillaume'a Blanc-Marianne'a
 
 
Malować tak, jakby się rodziło: pod władzą ciała, które sytuuje Innego we wnętrzu Jedynej. W pracach Minh Lan Tran – zarówno tych malarskich, jak i w performansach – życie pędzi naprzód i nieuchronnie narzuca swoją własną formę. Nie wymaga żadnych pozorów, które jedynie by je zafałszowały, a wyłącznie ciała, które maluje i oferuje mu schronienie. W pracach Tran obrazy endogeniczne i obce przeplatają się ze sobą, poszukują możliwości wymiany, tańca, stopienia się w jedną całość: wiernie nadają formę temu, co bezkształtne. W ten sposób obraz staje się etapem w procesie zapominania o nim samym: kolejną próbą zmierzającą ku własnej dekonstrukcji.
 
Dla Minh Lan Tran „malarstwo nie jest celem samym w sobie”,. Jak sama to ujmuje, rozszerza jego obszar tak, aby obraz stał się wcieleniem, kompozycja porządkiem, chociażby odnalezionym w chaosie, reprezentacja doznaniem, a powierzchnia głębią. Artystka przede wszystkim postrzega malarstwo jako konfrontację, wyzwanie, by namalować to, co nie chce być ujawnione.
 
W tym stanowisku kryje się akceptacja własnej słabości czy podatności na zranienie [vulnerability] – słabości wobec dzieła i wobec samego aktu malowania, ponieważ namalowanie tego, co ostatecznie nie może zostać przedstawione, wymaga poszukiwania dostępu, punktu wejścia. Każdy obraz jawi się zatem jako medium w najgłębszym sensie tego słowa: pośrednie rozwiązanie, przekaźnik, przejście. Każdy obraz oferuje przestrzeń, w której możliwe staje się uchwycenie chwilowego zakłócenia spokoju, nieuchwytnego smutku, niemożliwego do opisania drżenia, magnetycznego potencjału i udzielenie schronienia jego wibracji, niezależnie od tego, jak słabo wyczuwalne by one były. To właśnie w momencie, w którym artystka je utrwala, wyczerpuje potencjał obrazu i w taki lub inny sposób przekazuje go jego przyszłym życiom.
 
Jest to proces ryzykowny. „Coś” przychodzi na świat, jednak nie ma pewności, czym jest. To „coś” po pełnym niebezpieczeństw okresie ciąży zacznie żyć własnym życiem, choć nic nie gwarantuje dopełnienia jego bytu. Podejmując to ryzyko, artystka świadomie schodzi w podziemne rejony i pozwala wyłonić się, jak pisał choreograf Tatsumi Hijikata, „brutalnemu pisaniu”, które wspina się na wysokie ściany i usiłuje się przez nie przedostać, aby „coś” mogło ujrzeć światło dzienne.
Minh Lan Tran
Choreodrome II ,2026
papier, tusz, jajko i węgiel na lateksie. Fot. Yosuke Kojima
Minh Lan Tran
Screen [Ekran], 2026
papier, tusz, jajko i węgiel na lateksie. Fot. Yosuke Kojima
Jeśli pisanie to jest brutalne, to dlatego, że jest czyste, nieskalane – a narzucone normy nie mają nad nim żadnej władzy. Aby poczuć grunt pod nogami, zamiast sięgać ku niebiosom, należy wykazać się pewnego rodzaju odwagą i pokorną uległością. A jednak wszystko pochodzi z ziemi: niekiedy z groźnego gorąca, którym ta ziemia emanuje, ze strumieni lawy szukających ujścia, rozciągających się poniżej. Odczuwanie tego – malowanie z głębi i w kierunku głębi – oznacza uznanie prymatu materii: tego, co łączy ciało i ziemię, upewniając się, że ciało do ziemi powróci; pogodzenie się z tym, że nie ma życia bez tarcia i spalania, bez wytwarzania ciepła; uznanie, że ogień jest przede wszystkim przestrzenią komunikacji, na przykład ze zmarłymi, a nie jedynie narzędziem zniszczenia. Oznacza to również zaakceptowanie wzajemnego przenikania się przepływów i zjawisk, które rządzą zarówno światem, jak i jego ukrytymi nurtami, oraz doświadczanie niesionego przez prądy ziemne niesłyszalnego szmeru zmarłych, zanim ten zostanie zakłócony przez rzeczywistość.
 
Minh-Lan Tran stara się w ten sposób uczynić swoje prace żywymi organizmami otwartymi na procesy przemiany i nietrwałość. Jej celem jest wywołanie iskry, wstrząsu, który pozwala otrzeć się o tajemnicę ognia i podsycić go, aby mógł kontynuować dzieło metamorfozy. W twórczości artystki obecna jest pewna duchowość, która w jakimś sensie wykracza daleko poza malarstwo i manifestuje efekty, jakich można by oczekiwać od modlitwy. W tym aspekcie obraz nie uchodzi za nieprzejrzystą powierzchnię: staje się przezroczystością, a przynajmniej pewnego rodzaju otwarciem. Wzywa do przełomu, zapewniając dostęp do nieokreślonych obszarów, które należy poznać i zaakceptować. Wymiar duchowy objawia się tutaj poprzez intymny kontakt z materią, akceptację czeluści, którą Minh Lan Tran kopie, drapie i rozrywa. Są to gesty wzywające do naprawy.
 
Pojawia się jednak kolejne ryzyko – konfrontacji z możliwością katastrofy, której należałoby zapobiec, zatrzymać ją w punkcie krytycznym, tam, gdzie obraz jawi się jako skurcz, powstrzymanie śmierci. W twórczości Minh Lan Tran materia w procesie wymiany stopniowo ukazuje swoje potrzeby i rytm. Ostatecznie twórczość artystki domaga się etyki i podjęcia odpowiedzialności. Tak by leczyć, zamiast niszczyć, pielęgnować i wspierać pulsacje wrażliwego świata, by mogły one wybrzmieć poza przestrzenią obrazu.
 
Tłum. Joanna Figiel
 
[Zdjęcie artystki: Larissa Hofmann]

Polecamy

Podziel się

Home|Magazyn MSN|
Minh Lan Tran