Magazyn MSN
Kilka subiektywnych refleksji o sztuce w książkach dla dzieci

Magda Majewska o sztuce w książkach dla dzieci
Na początek zastrzeżenie: autorka tego tekstu, podobnie jak osoby z kilku (kilkunastu?) kolejnych roczników, dorastała w czasie, kiedy jedynymi dostępnymi jej książkami o sztuce były albumy, nierzadko w części z czarno-białymi ilustracjami. O książkach poświęconych sztuce pisanych specjalnie dla dzieci mogłam wówczas jedynie pomarzyć – gdyby w ogóle przyszło mi do głowy, że może istnieć coś takiego. Z tej perspektywy dzisiejsza obfitość publikacji, które starają się przybliżyć sztukę młodym odbiorcom i odbiorczyniom, to zupełnie inna rzeczywistość.
O sztuce można opowiadać dzieciom, podobnie jak dorosłym, na niezliczone sposoby – prezentując kierunki, techniki, omawiając konkretne dzieła. Można robić to poprzez biografie artystów i artystek albo przybliżając zawody powiązane z tworzeniem – w formie fabularnej, przygodowej lub zapraszając do rozważań nad istotą piękna i sztuki, albo zachęcając do własnej działalności twórczej, inspirowanej istniejącymi pracami lub wplatając nawiązania do znanych dzieł w oryginalną opowieść wizualną czy po prostu bawiąc się sztuką. Można sięgać po reprodukcje lub inspirowane historią sztuki ilustracje.
Chyba ze wszystkimi tymi sposobami (stosowanymi niekoniecznie rozłącznie) można się spotkać w książkach wydawanych w ostatnich latach w Polsce. Żaden jednak sam w sobie nie jest receptą na stworzenie wartościowej publikacji. Podobnie jak wszystkie inne książki dla dzieci, tak i te o sztuce potrafią paść ofiarą wyobrażenia o tym, w jaki sposób należy mówić do dzieci – koniecznie przekazując jakąś wiedzę, ale przystępnie, w sposób odpowiedni dla młodych czytelników i czytelniczek, co w przekonaniu autorów i autorek nierzadko oznacza posługiwanie się rymami. Efektem może być strywializowanie biografii artysty w imię zmieszczenia jej w (kiepskiej) rymowance, czego przykładem niech będzie finał wierszowanej biografii Gaudiego w książce Kto to puka? Sztuka Katarzyny Vanevskiej (AWM 2020): „Aż mistrz – architekt – brudny, obdarty, / przez nieuwagę pod tramwaj wkroczył, / nikt go nie poznał w żebraka stroju / i nagłą śmiercią wszystkich zaskoczył”.
„No, ale o co chodzi, skoro to działa?” – spyta ktoś. Działa, czyli wpada w ucho, przyciąga kolorowymi ilustracjami nawiązującymi do prac prezentowanych artystów i artystek. Działa, czyli przemawia do dorosłych, którzy chętnie sięgają po tę książkę jako inspirację do twórczych aktywności z dziećmi. Ale czy nie jest to paradoks, że chcemy prowadzić „edukację przez sztukę” za pomocą pozycji o wątpliwej wartości artystycznej? Czy w ogóle poddajemy refleksji oczekiwania, jakie mamy wobec książek, które mają przybliżyć dzieciom sztukę?
Na pewno mocno obecne jest oczekiwanie, że takie książki dostarczą dzieciom FAKTY i sprawią, że dzieci staną się MĄDRE. Nie dotyczy to zresztą tylko książek o sztuce – jako dorośli cenimy książki, które pełnią wobec dzieci funkcję edukacyjną, są użyteczne. Niewykluczone też, że ta funkcja jest też istotna dla nas samych – to my jako rodzice potrzebujemy przyspieszonego kursu historii sztuki, potrzebujemy zrekompensować sobie wspomniane na wstępie braki z dzieciństwa czy edukacji szkolnej. Jeśli napędza nas taka potrzeba, sięgniemy raczej po bogato ilustrowaną encyklopedię sztuki dla dzieci, chronologiczną wyprawę przez historię sztuki czy omówienie określonego kanonu dzieł sztuki (co jeszcze do niedawna niemal automatycznie oznaczało zestaw prac stworzonych w przeważającej mierze przez mężczyzn reprezentujących zachodni krąg kulturowy i zmienia się bardzo powoli). Osoby zajmujące się edukacją artystyczną czasem postrzegają takie ujęcia jako dość nudne, ale często chyba zapominamy, że zwykłe czytelniczki będą miały na półce prawdopodobnie tylko jedną książkę tego rodzaju, efekt powtarzalności raczej więc nie wystąpi. Nie zawsze też myślimy o tym, że książka jest tylko jednym z elementów procesu poznawania sztuki i bardzo wiele zależy od jej miejsca w tym procesie i od konkretnego przypadku. Jeśli młoda odbiorczyni właśnie od książki zaczyna swoją przygodę ze sztuką, to pozycja typu „kurs historii sztuki” faktycznie nie będzie najlepsza, lepiej sprawdzi się coś mniej oczywistego, opartego na oryginalnym pomyśle. Ale jeśli punktem startu jest wizyta w muzeum, udział w warsztatach edukacyjnych czy obejrzenie animacji o Fridzie Kahlo na festiwalu filmowym, to pozycja bardziej encyklopedyczna może pomóc osadzić to pierwsze spotkanie w szerszym kontekście – bo taka potrzeba często naturalnie się wtedy pojawia.
Jedną ze skierowanych do dzieci książek o sztuce, którą osobiście bardzo lubię, jest stworzona we współpracy z amsterdamskim Rijksmuseum nijntje x rembrandt (Mercis Publishing i Rijksmuseum Amsterdam 2019). Ta niewielka pozycja wydana w 350. rocznicę śmierci Rembrandta zestawia ze sobą prace tego XVII-wiecznego mistrza i Dicka Bruny, XX-wiecznego twórcy książek dla najmłodszych, „ojca” rozpoznawalnej na całym świecie króliczki Nijntje, poza Holandią znanej też jako Miffy – zapraszając dzieci do odkrywania podobieństw i różnic między nimi. Co sprawia, że jedna z postaci wyróżnia się w grupie, dlaczego na zamieszczonych w książce autoportretach obu artystów trudno dostrzec ich oczy? Dlaczego namalowane przez nich lwy nie wydają się groźne? Proste pytania, odwołujące się również do emocji i doświadczeń dzieci, zachęcają do uważnego patrzenia na obrazy, a oszczędna całość, zamiast starać się przekazać przedszkolnym odbiorcom i odbiorczyniom fakty z życia Rembrandta, pozwala im doświadczyć, że obrazy mają swój język.
Na polskim rynku nie widzę pozycji o takim charakterze, która byłaby skierowana do młodszych dzieci, ale już z sześciolatkami możemy czytać skoncentrowaną na języku wizualnym Historię obrazów dla dzieci (Rebis 2018, przeł. Ewa Hornowska). To wypełniona reprodukcjami książka, uzupełniona współczesnymi ilustracjami Rose Blake, w formie rozmowy artysty Davida Hockneya i krytyka sztuki Martina Gayforda – istna podróż przez historię sztuki, która wymyka się pułapkom przewidywalnej narracji i powielania znanych dzieł. Obaj rozmówcy zestawiają ze sobą obrazy z różnych czasów, zrealizowane za pomocą różnych technologii, przyglądają się wyzwaniom, przed którymi stają twórcy i twórczynie obrazów, ale też odbiorcy i odbiorczynie. Rzucają światło na fakt, że tworzenie obrazów wymaga uważnego spojrzenia na rzeczywistość, a patrzenie na obrazy sprawia, że widzimy rzeczywistość dokładniej. Ta książka potrafi pokazać, że sztuka to coś, co nas dotyczy.
Obie te książki wiele różni, ale łączy je to, że mówią dzieciom: „Masz prawo tu być, masz prawo zadawać sztuce pytania, porównywać ze sobą dzieła, patrzeć na nie pod różnymi kątami. Nie jesteś tylko od podziwiania, możesz wchodzić ze sztuką w dialog”. Nie tylko oswajają dziecko ze sztuką, zanurzają je w niej – przede wszystkim uczą odwagi w obcowaniu z nią. Z mojej perspektywy to jedna z najważniejszych cech dobrej dziecięcej książki na ten temat. A tak się składa, że w 2025 roku ukazały się aż trzy polskie tytuły, które z tym zadaniem radzą sobie brawurowo.
Po co nam sztuka? Katarzyny Witt z ilustracjami Oli Niepsuj (Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie 2025) to opowieść o sztuce współczesnej prowadzona przez pięć dzieł z kolekcji MSN-u, które autorki zamieniły w postacie o własnych, złożonych osobowościach. Podążając za bohaterami poznajemy kolejne prace (książka łączy autorskie ilustracje i fotografie), rozmaite formy sztuki współczesnej i strategie artystyczne, ale przede wszystkim przechodzimy trening uruchamiania wyobraźni i myślenia w kontakcie ze sztuką. W narrację wplecionych jest też wiele propozycji odpowiedzi na pytanie, czym i po co jest sztuka, na przykład: „Sztuka to okno na świat”, „Sztuka to zabawa”, „Sztuka, to coś, czego nie rozumiem”, „Sztuka to dziwne narzędzie”, a przede wszystkim zdanie, które mogłoby być alternatywnym tytułem tej książki: „Sztuka to maszyna do robienia pytań”. Pada ich tu mnóstwo – dzieła sztuki poszukują odpowiedzi na pytania o własną tożsamość, pojawiają się pytania dzieci, które padły w reakcji na spotkanie z konkretnymi pracami. Wszystko to jest uprawomocnieniem wszelkich pytań – jako sposobu kontaktu ze sztuką. Pod koniec książki dowiadujemy się, że jedna z naszych przewodniczek Palma, wspólnie z przyjaciółmi z muzeum opracowuje tajną listę „Sto powodów do tworzenia” – brzmi to jak dobry pomysł na kolejną publikację autorek.
Z kolei Mój świat, moja sztuka Katarzyny Kołodziej-Podsiadło i Marty Ignerskiej (Wytwórnia 2025) to nietypowy przewodnik po polskiej sztuce współczesnej. Ta publikacja zostawia dzieciom przestrzeń, prezentując ponad sto zdjęć prac opatrzonych mini-komentarzem czy pytaniem napisanym, co ważne, w pierwszej osobie liczby pojedynczej. W pierwszej osobie napisano również wstęp i krótki słowniczek, które otwierają książkę. Ten zabieg podkreśla, że to czytające dziecko jest podmiotem proponowanej relacji ze sztuką. Istotne jest tu również dowartościowanie dziecięcej twórczości – książkę otwierają i zamykają rysunki 3-letniej wówczas córki Marty Ignerskiej, wewnątrz znajdziemy prace dzieci Katarzyny Kołodziej-Podsiadło. Autorki zostawiły też puste rozkładówki z wezwaniem do działania dla młodych odbiorców i odbiorczyń książki. Informacje o prezentowanych pracach ograniczają się do kilku zdań zamieszczonych na stronach oddzielających kolejne rozdziały, które składają się na tytułowy mój świat (m.in. Domek, Ja, Zabawa, Uczucia, Przyjaciele), dając jasny sygnał, że to nie wiedza jest kluczowym elementem kontaktu ze sztuką.
Na koniec interaktywna, obrazkowa Sztuka, której autorką jest – znów! – Katarzyna Witt, a za ilustracje odpowiada Przemek Liput (Albi Polska 2025). Interaktywność polega tu na tym, że tekst książki odtwarza specjalne urządzenie, tak zwane mówiące pióro, którym należy dotykać poszczególnych elementów ilustracji. W tej dźwiękowej narracji ukryta jest wielowątkowa opowieść o sztuce (tym razem nie tylko współczesnej), która pozwala dzieciom poznać rozmaite odpowiedzi na pytania: co to jest sztuka? Gdzie jej szukać? Co robią artyści i artystki? Dlaczego sztuka się zmienia? Dostajemy tu szerokie spojrzenie na sztukę i sporo wiedzy, która dzięki migotliwej narracji rozpisanej na wiele postaci, w tym zabawnego jamnika Lupo inspirowanego obrazem Giacoma Balii, i storytellingowemu talentowi autorki nie przytłacza, lecz inspiruje. Nie brakuje też propozycji zabaw ze sztuką – zresztą zachęta do własnej twórczości łączy wszystkie trzy książki i z mojej perspektywy jest kolejnym elementem składającym się na dobrą dziecięcą książkę o sztuce.
Na koniec jeszcze jedna pozycja, pozornie tu niepasująca: Nikt, tylko ja szwedzkiej autorki i malarki Sary Lundberg (Wytwórnia 2025, przeł. Anna Czernow) to opowiedziana obrazem, z minimalną liczbą słów, historia onirycznej podróży małego chłopca, która jest też metaforyczną opowieścią o dorastaniu. Co ma wspólnego ze sztuką? Sara Lundberg obficie czerpie z tradycji malarstwa – skojarzenia z twórczością Rousseau i Matisse’a pojawiają się dość szybko. Ale kiedy przeglądając książki o sztuce natrafiłam na reprodukcję Wiolonczelistki węgierskiego malarza Róberta Berény’ego, do której ewidentnie nawiązuje jedna z ilustracji, pomyślałam, że autorka zapewne ukryła w książce wiele innych artystycznych tropów, których nie rozpoznaję. Odkrywanie tego typu odniesień bywa fascynujące i nierzadko dzieci, jeśli mają już pewną bazę skojarzeń, są w tym bieglejsze od dorosłych.
Ale ta książka to także znakomite przypomnienie, że ilustracja w książkach również jest – a w każdym razie powinna być – sztuką. Warto przywołać tu słynną czeską ilustratorkę Kvĕtę Pacovską, która powiedziała kiedyś, że książka obrazkowa to pierwsza wizyta w galerii sztuki. Podobnie wypowiadała się Krystyna Michałowska, ilustratorka odpowiedzialna między innymi za projekt graficzny słynnej serii Poczytaj mi, mamo. Dlatego pora przyznać, że otwierająca ten tekst moja uwaga autobiograficzna nie jest pełna. Bowiem w dzieciństwie kontakt ze sztuką zapewniały mi nie tylko albumy z malarstwem, ale także – a może przede wszystkim – książki dla dzieci ilustrowane między innymi przez Krystynę Michałowską i Olgę Siemaszko, Janusza Stannego i Bohdana Butenkę, Elżbietę Gaudasińską i Adama Kiliana. Myślę więc, że to wspaniale, jeśli dziecko ma szansę zetknąć się wcześnie z twórczością Hokusaia, a dzięki książce Davida Hockneya i Martina Gayforda odkryć inspirację japońskimi drzeworytami w disneyowskim Pinokiu, ale ważne wydaje mi się także, by mogło zanurzyć się w sztuce, otwierając jakąkolwiek swoją książkę z ilustracjami. Dlatego właśnie ten tekst traktuje o sztuce w książkach dla dzieci, a nie tylko o skierowanych do dzieci książkach dla dzieci.
