Magazyn MSN

Czynnik dziwności

Wywiad
Z Katarzyną Witt o książce Po co nam sztuka? rozmawia Zofia Płoska-Czartoryska.
ZPC: Zacznijmy od pytania z psychotestu. Którą postacią z książki Po co nam sztuka? jest Kasia Witt – kulą, bałwanem, gnuśną linią, palmą czy nocnym motylem?

KW: To trudne pytanie! Na przykład nocny motyl wydaje mi się śmieszny, bo jest bardzo sentymentalny. Czasem, kiedy czuję, że nie nadążam za trendami czy tematami, którymi żyje dziś młodzież, myślę, że jestem jak ten nocny motyl, który wraca do swoich dziecięcych lat spędzonych w kokonie. Tak jak kula czasem wątpię w siebie i swoje możliwości, a jednocześnie zdarzają mi się momenty jak u gnuśnej linii, przekonanej, że „może wszystko”. Z palmą łączy mnie poczucie, że duże miasto jest moim naturalnym środowiskiem do życia. Bałwan dostał ode mnie zamiłowanie do łączenia kropek. W wyobraźni buduje sobie drzewa genealogiczne, bo uważa, że wszystkie rzeźby świata to jedna wielka rodzina. Ja robię coś podobnego: gromadzę tony obrazków i wymyślam do nich historie, szukam dziwnych połączeń, a potem używam tego na warsztatach. Chyba nie umiem zdecydować się na jedną postać, w końcu ulepiłam je z różnych rzeczy, które odkopałam we własnej głowie...

ZPC: Pytam o to, bo podjęłaś bardzo ciekawą decyzję, żeby opowiedzieć dzieciom o sztuce głosem samych prac. Personifikujesz je, nadajesz im wyraziste osobowości, emocje, historie. Skąd pomysł, żeby właśnie w ten sposób zbudować narrację?

KW: Hasło „sztuka mówi własnym głosem” chodziło za mną już od dawna. Lubię personifikować rzeczy, bo to dobra zabawa, która pomaga moim myślom się rozpędzić. Używam takiej techniki pracy twórczej nie tylko w kontekście pisania książek. Zaczynając pracę nad książką, pomyślałam sobie: jeśli muzeum to dom dla sztuki, to nikt nie opowie o nim lepiej niż jego mieszkańcy. To był punkt wyjścia do formy książki, w której narratorami są dzieła sztuki; w muzeum przebywają na co dzień, znają wszystkie jego zakamarki, stale podsłuchują zwiedzających i pracowników. W ten sposób stworzyłam opowieść z nieco innej perspektywy. Zazwyczaj opowiadamy o sztuce przez pryzmat historii czy biografii osób artystycznych, a ja zaczęłam wyobrażać sobie, co dzieła powiedziałyby same o sobie. W książce postaci mówią też o innych pracach z kolekcji, a więc uruchamia nam się perspektywa odbiorcy – osoby patrzącej na sztukę. I to ona jest dla tej książki kluczowa. Kula, bałwan, palma, nocny motyl i gnuśna linia patrzą na sztukę po swojemu, zgodnie z tym, co ich interesuje. Stawiają swoje pytania i mają swoje przemyślenia. Ta narracja to wielogłos i ma ona niewiele wspólnego z ekspercką wiedzą o sztuce. 
ZPC: Bardzo podoba mi się myśl, że dzieła sztuki po opuszczeniu pracowni zaczynają własne życie, nie są czymś statycznym czy zdefiniowanym raz na zawsze przez artystę. W tym sensie nie zdziwiło mnie, że wybrałaś palmę na jedną z bohaterek, bo to jest dzieło sztuki, którego własne życie jest ewidentne: od dnia powstania palma wielokrotnie zmieniała swoją rolę i znaczenie w zależności od kontekstu wydarzeń wokół. Ciekawi mnie, jak wyglądał „casting” na bohaterów książki. Dlaczego ostatecznie wybrałaś prace Żanny Kadyrowej, Oskara Dawickiego, Józefa Robakowskiego, Joanny Rajkowskiej i Petrita Halilaja?

KW: To nie był długi proces, bo opierałam się na własnych doświadczeniach pracy z dziećmi na wystawach. Brałam pod uwagę kilka czynników, ale wszystko zaczęło się od patrzenia. Najpierw, kierując się intuicją, a także tym, co potencjalnie może być interesujące dla dzieci, wybrałam zestaw prac z kolekcji Muzeum. Wydrukowałam sobie robocze małe reprodukcje, powiesiłam je i długo się im przyglądałam. Następnie odrzucałam to, co czułam najmniej. Przewieszałam, testowałam różne konfiguracje i odrzucałam znowu. Na ścianie wisiało z czasem coraz mniej obrazków. Wiedziałam, że chcę stworzyć ekipę przewodników, a pięć postaci wydało mi się liczbą idealną. Wystarczającą, by książka była dynamiczna, a jednocześnie optymalną, żeby nie popaść w chaos. Chciałam, żeby reprezentowały różne dziedziny – rzeźba, instalacja, film eksperymentalny, ale też różną skalę. Zależało mi, żeby moi bohaterowie pochodzili z odmiennych światów. Kula i linia są abstrakcyjne, ale pierwsza ma swój fizyczny ciężar, a druga jest tak pojemna, że może być wszystkim. Palma to drzewo, ale sztuczne. Bałwan niby jest czymś oswojonym, ale przecież lepiąc go, nie myślimy o sztuce. Wydaje mi się, że ostatecznie zwyciężył czynnik dziwności, a ja w tej konwencji bardzo dobrze się odnalazłam. W ekipie bohaterskiej mamy kogoś ze świata rzeczy, mamy zwierzę, jest reprezentacja przyrody. Ale to wszystko jest dziwne, nie da się powiedzieć: to jest kot, a to pies. Bo to są i dzieła sztuki, i postaci, i rzeźby, i instalacje, i tak dalej... Ciągle jesteśmy na karuzeli pytań. Wydawało mi się, że im bardziej sytuacja jest dziwna, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie też zabawna.

ZPC: Przyglądając się twoim bohaterom, miałam skojarzenie z książką Beatrice Alemagna Pięciu nieudanych – tam postaci też są osobliwe, niedopasowane, a zarazem wyjątkowe, każdy ma w sobie to „coś”. Tobie też udało się stworzyć ekipę, która naprawdę zapada w pamięć.

KW: Bardzo lubię tę książkę! Jako dziecko żyłam w przekonaniu, że bohater to jest taka wielka postać, robiąca ważne rzeczy albo zdolna do ogromnych poświęceń i posiadająca niezwykłe umiejętności. A dziś schodzimy na ziemię. Coraz częściej podsuwamy dzieciom opowieści, w których bohaterem lub bohaterką jest ktoś zupełnie zwyczajny, a nawet niedoskonały, lub coś, co panoszy się po domu, jak choćby skarpetka. Tak sobie teraz myślę, że moja książka najbardziej jest o tożsamości. Ten wątek cały czas jest w grze. Kula zastanawia się, czym się różni sztuka od nie-sztuki, ale też przekonuje się, jak wiele może o sobie powiedzieć, choć wydawało jej się, że jest bardzo nudnym przedmiotem. Bałwan bada swoje korzenie, mówi dużo o rodzinie, chciałby pokazać, że coś go łączy z klasyczną rzeźbą. Palma jest żywym przykładem oswajania tego, co „obce” w przestrzeni publicznej, ale też otwartości. Najbardziej bogata wydaje się tożsamość nocnego motyla, który łączy w sobie to, co owadzie i artystyczne. A do tego dodajmy – jest znawcą stawania się, przeobrażania się, zgodnie z tym, jak przyroda wymyśliła życie motyla. I jest ekspertem od kostiumów, masek, różnych życiowych ról, próbującym przeglądać się w sztuce niczym w lustrze. Oni wszyscy zastanawiają się nad tym, kim są, jacy i po co są.
ZPC: To co mówisz przekłada się też na filozofię książki Po co nam sztuka?. Jest w niej bardzo dużo pytań, a mało odpowiedzi. Superbohaterowie z klasycznych opowieści nie tylko byli odważni, ale też mieli wiedzę i umiejętności, by zawsze sobie poradzić. Ty pokazujesz, że niewiedza jest czymś dobrym, że można się nią cieszyć. Skąd decyzja, żeby tak mówić o odbiorze sztuki?

KW: Przede wszystkim chciałam pokazać, że sztuka to nie nauka. Sztuka jest pojemna, jest w niej miejsce na wiele różnych odpowiedzi. To jest coś, o czym warto wciąż pamiętać i mówić. Wiele osób czuje, że sztuka współczesna to coś, co ma bardzo wysoki próg wejścia. I ja to w pełni rozumiem. Wiem, że dla wielu ludzi kontakt ze sztuką wiąże się z lękiem, że nie mają wystarczającej wiedzy, że nie zrozumieją. Nad sztuką często unosi się ciężar faktów, dat, nazwisk, które trzeba znać, by móc o niej rozmawiać. Wydaje się jednak, że dzieci w mniejszym stopniu tkwią w społecznych konwenansach, mogą pozwolić sobie na szczerość w ocenie tego, co spotykają na swojej drodze. Często nie mają oczekiwań wobec sztuki ani obciążających przekonań na jej temat – czym jest albo powinna być – dzięki czemu kontakt z obiektem artystycznym jest znacznie swobodniejszy. Może to jest właśnie coś, czego możemy się od dzieci uczyć? 
Edukacja artystyczna w szkołach często nie polega na spotkaniu z dziełem, na patrzeniu i rozmowie, tylko na zapamiętywaniu kontekstów historycznych i nazwisk czy rozpoznawaniu stylu. W praktyce jest to pamięciówka, ślizganie się po powierzchni. A przecież wiedzą o sztuce jest również to, co sami w niej widzimy i czujemy. W muzeach coraz częściej pracuje się właśnie w ten sposób – nie z pozycji autorytetu, który mówi: „to jest o tym”, ale poprzez zaproszenie do wymiany. Sztuka jest maszyną do robienia pytań – tak definiuję ją na początku książki. I myślę, że warto o tym wciąż rozmawiać, bo w szkole rzadko ćwiczymy się w ciekawości. Pytania służą sprawdzaniu wiedzy, jesteśmy przepytywani, a potem jako dorośli ludzie nie potrafimy albo nie mamy odwagi, by stawiać własne pytania. Sztuka daje przestrzeń, żeby się zatrzymać i sprawdzić, co nas naprawdę ciekawi, co nas porusza. Uczy myślenia i odkrywania siebie w tym, na co patrzymy.

ZPC: To ciekawe, co mówisz o dzieciach – że nie mają problemu z otwartością w odbiorze sztuki, że uprzedzenia czy lęki nabywa się dopiero w późniejszym życiu, chociażby w szkole. Czytając książkę, pomyślałam, że ona może być pewnym rodzajem podstępu z twojej strony i tak naprawdę chcesz przekazać coś dorosłym, którzy będą ją czytać z dziećmi. Zachęcasz przecież na początku, żeby czytać ją wspólnie: z rodzicami, opiekunami, dziadkami. 

KW: Wydaje mi się, że stworzenie książki wieloadresowej – czyli takiej, z której dzieci będą miały przyjemność, ale nie zanudzi ona dorosłych – to najtrudniejsza rzecz. Dużo myślałam o tym, jak osiągnąć uniwersalny poziom i sprawić, że książka będzie też narzędziem do nawiązywania relacji międzypokoleniowych. Trudno mi samej oceniać, czy to się udało.
Jeśli chodzi o aspekt popularyzatorski – tak, to rzeczywiście jest mały podstęp. Pracując przez lata w kulturze, zauważyłam, że wielu dorosłych przychodzi z dziećmi na zajęcia także po to, żeby samemu się czegoś dowiedzieć, by sobie ten świat sztuki z bezpiecznej pozycji rodzica podejrzeć. Często brakuje im motywacji albo odwagi, by pójść na wystawę czy wydarzenie dla dorosłych, ale z dzieckiem jest łatwiej, słyszałam to wielokrotnie: „chcemy pokazać dziecku sztukę”. Pomyślałam więc, że książka też może pełnić taką rolę – pomagać dorosłym nabrać śmiałości. Słyszałam od czytelników, że Po co nam sztuka? zdejmuje z dorosłych presję, że muszą wszystko wiedzieć i rozumieć. Bo idąc z dzieckiem do muzeum, naprawdę nie trzeba znać wszystkich odpowiedzi i mieć gotowej opowieści. Wystarczy znaleźć jedną rzecz, która nas zaciekawi – i to już jest dobry początek. Można też te opowieści snuć na bieżąco, razem, spontanicznie.

ZPC: Powiedziałaś, że współczesna edukacja muzealna dla dzieci jest otwarta, swobodna, w pewnym sensie bardziej oparta na „oduczaniu” [ang. unlearning]. A jak to wygląda w przypadku oferty dla dorosłych? Czy ona wciąż funkcjonuje w tym „poważnym”, tradycyjnym paradygmacie uczenia, czy się od tego odchodzi?

KW: To trudne pytanie, bo oferta instytucji kulturalnych, także dla dorosłych, jest dziś bardzo różnorodna. Na pewno widać zmianę w tym, co dorośli robią w muzeach, jak uczestniczą w kulturze. Wciąż jednak istnieje duża grupa osób, które czują opór i już samo słowo „edukacja” jest dla nich odpychające, bo kojarzy się bardziej z przykrym obowiązkiem niż czymś, co można robić z własnej inicjatywy. Instytucje próbują to przełamywać, nazywają swoje działania inaczej, czasem eksperymentują, na przykład w MSN-ie zapraszaliśmy kiedyś na „dryfy miejskie”. Dla niektórych to będzie intrygujące i pójdą z ciekawości zobaczyć, a inni poczują się jeszcze bardziej zagubieni i nie wezmą w tym udziału z tego samego powodu – bo nie wiedzą, czego mogą się spodziewać. Muzea dzisiaj zapraszają publiczność do robienia tak różnych rzeczy, że trudno mi to nawet jakoś zebrać i ocenić. Jeśli miałabym wskazać jakiś wspólny mianownik, powiedziałabym, że dzisiaj jest to edukacja przez robienie rzeczy (learning by doing) i bycie razem, uczenie się od siebie nawzajem, w ramach różnych wspólnot. Wracając jeszcze do wszystkich tych, którzy z oferty z różnych powodów nie korzystają – myślę, że książka będzie dla nich bezpieczną opcją. Czytanie w domu z dzieckiem daje poczucie swobody i przestrzeń, by się spokojnie nad tym wszystkim zastanowić, bez stresu bycia ocenianym.
ZPC: Już wiemy, że bohaterowie opowiadają o sobie i o dziełach z kolekcji, ale poza tą narracją znajdziemy też powtarzające się elementy, takie jak zadania do wykonania. Czy to próba przeniesienia muzealnego doświadczenia warsztatowego do domu?

KW: O tak, ja zawsze ulegam pokusie, by zaprosić do interakcji. Na początku nie było jasne, na ile książka ma być aktywnościowa, czyli taka, w której dziecko mogłoby rysować, dopisywać coś od siebie, być współautorem. Ostatecznie zdecydowałyśmy, że interakcja będzie się odbywać raczej na poziomie intelektualnym – poprzez pytania, otwarte zakończenia, zaproszenie do rozmowy. Jednocześnie, każdy rozdział kończy rozkładówka zatytułowana Coś do zrobienia. I to rzeczywiście jest rodzaj bonusu, domowego zadania z gwiazdką. Chodzi o to, by inspirować do tworzenia, przedłużać przygodę, którą dziecko zaczyna, otwierając książkę. Na przykład w jednym z takich „cosiów” gnuśna linia proponuje rodzinną ankietę. Dziecko wciela się w ankietera, które zadaje członkom rodziny pytania o to, jakim obrazem chcieliby być. Nie chodzi o jakiś słynny obraz, tylko o ćwiczenie: jutro z całą swoją osobowością zamieniasz się w obraz. Co to będzie za obraz? Płonąca na pustyni żyrafa? Martwa natura? A może ekspresyjna abstrakcja? A więc trzeba trochę o tym pogadać i zebrać dane. Następnie dziecko przystępuje do stworzenia tych obrazów, potem wiesza je obok siebie na ścianie i zaprasza rodzinę do zobaczenia, jaką rodziną obrazów mogliby być w swoim alternatywnym życiu. Można to robić w trybie tajnym i potem wspólnie zgadywać kto jest kim (polecam!). 

ZPC: Zwróciłam też uwagę na bardzo zmysłowy język opisu sztuki w książce – słowa takie jak „chropowaty”, „wklęsły”, „wypukły”. Dlaczego to dla ciebie ważne, by tak mówić o sztuce?

KW: Sama się tego ciągle uczę: patrzeć i opisywać wszystko, co uda mi się zauważyć. Kiedy stajesz przed czarna kulą, czujesz, jak drastycznie zmniejsza się ilość punktów zaczepienia do potencjalnego opisu. W książce kula-postać jest przekonana, że nie ma w niej nic ciekawego. Kiedy odkrywa różnorodność sztuki wokół i obserwuje zwiedzających muzeum ludzi, zaczyna dostrzegać wiele własnych cech, które były dla niej wcześniej niezauważalne, a które można przecież opowiedzieć. I ja na moich warsztatach bardzo często urządzam dla dzieci i dorosłych podobne ćwiczenia z patrzenia. Sprawdzamy co można powiedzieć o jednym przedmiocie. Kiedy porównasz czarną kulę z ociosanym regałem [1] , od razu pojawia się mnóstwo cech: jest chropowata, okrągła, ciężka... Chodzi o to, by zacząć od najprostszych rzeczy. Zebrać wspólnie możliwie dużo danych i wypowiedzieć je na głos lub zapisać. Jeśli rozmawiamy o pracy artystycznej w grupie, to jest to kluczowy etap. Potem pomysły na interpretacje przychodzą same i mnożą się w nieskończoność. 

ZPC: Chciałabym teraz porozmawiać o warstwie wizualnej książki, która jest bardzo eklektyczna – łączy elementy komiksu, albumu o sztuce, książki z zadaniami i artbooka. Jak wyglądała twoja współpraca z Olą Niepsuj i skąd pomysł, żeby książka wyglądała właśnie tak?

KW: To było moje marzenie, żeby książkę zilustrowała Ola Niepsuj. Od początku wiedzieliśmy, że jeśli w książce mają pojawić się zarówno zdjęcia dzieł, jak i wymyślone, narysowane postaci – to połączenie tych światów będzie trudne. W reprodukcjach jest się masa kolorów, więc żeby to wyglądało spójnie, potrzebny był nam ktoś, kto świetnie odnajduje się w kolażowej estetyce. Dodatkowe wyzwanie to mnogość narratorów. Trzeba było tu cały czas kombinować tak, żeby było jasne, kto co mówi. Byłam przekonana, że Ola sobie z tym poradzi i poczuje klimat książki, że będzie się tym bawić. Zawsze miałam w głowie romantyczne wyobrażenie takiej współpracy: autorka tekstu zasiada z ilustratorką, rozmawiają godzinami i wspólnie wszystko wymyślają. Ale tak nie było (śmiech). Ola przejęła ode mnie tekst, wyjaśniłyśmy kilka kwestii podczas jednego spotkania, a potem minęło trochę czasu i otrzymałam od niej gotową propozycję. 

ZPC: Twoja koncepcja była od razu dla niej jasna?

KW: Tak! Lubię pracować z ilustratorkami, fascynuje mnie ich proces twórczy, ale tutaj moje sugestie nie były ani trochę potrzebne – Ola miała świetne pomysły i dokładnie wiedziała, jak z tą materią pracować. Efekt od razu mnie zachwycił.

ZPC: Jestem też ciekawa współpracy z redaktorką książki, którą jest weteranka literatury dziecięcej w Polsce Joanna Olech, autorka m.in. kultowej Dynastii Miziołków. Czy była bardzo krytyczną czytelniczką?

KW: Spędzało mi to sen z powiek, bałam się jej opinii. Joanna Olech to dla mnie legenda! Tymczasem to była bardzo szybka wymiana zdań, bo Joanna powiedziała, że nigdy w życiu nie zrobiła tak krótkiej redakcji (śmiech) i że to jest dobra książka. Zapadło mi w pamięć zdanie odnośnie wyboru gnuśnej linii na postać – że uważa to za odważny ruch, ale że ma nadzieję, że się obroni.

ZPC: Dlaczego akurat gnuśna linia wzbudziła jej wątpliwości?

KW: Chodziło chyba o to, że ta praca jest trudna w odbiorze jako dzieło sztuki, a jeszcze trudniejsza do pokazania w książce. I rzeczywiście mieliśmy pewne dylematy, jak to zrobić. Na przykład w pierwszej wersji Ola zilustrowała stronę z „metryczką” gnuśnej linii kadrem z filmu Robakowskiego. Ja byłam za tym rozwiązaniem, ale po dyskusjach w zespole uznaliśmy, że przecież film to tylko składowa część instalacji i że trzeba ją pokazać w całości. Miałam wątpliwości, bo zdjęcie nie oddaje natury tej instalacji. Zupełnie innym doświadczeniem jest zobaczyć ją na ekspozycji, objąć w całości, jako kręcące się koło, taśmę filmową w ruchu, światło, film na ścianie i taniec gnuśnej linii. Ale jak to pokazać w książce? Opisywanie wydawało mi się niezbyt nieatrakcyjne. Ostatecznie samą narrację przekierowałam na walor eksperymentu z filmem, nie wchodząc w składowe instalacji. 
I koniec końców wydaje mi się, że to nie ma aż takiego znaczenia. Mam nadzieję, że Józef Robakowski mi to wybaczy, ale z tego, co wiem, zaakceptował tę postać! Dzieło sztuki wyfruwa z gniazda. I podróżuje sobie między ludźmi w różnych formach, a nawet ma swoje drugie czy trzecie życie. Może ktoś jako dziecko po pierwszy raz zobaczy w książce zdjęcie tej instalacji i nie do końca zrozumie, jak ona wygląda w rzeczywistości, ale w przyszłości przyjdzie do muzeum, zobaczy ją i krzyknie: „O, inaczej sobie to wyobrażałem!”. Więc zostawiam to pole niedopowiedzenia. Gnuśna linia jest wspaniała już poprzez sam fakt bycia gnuśną. To jest śmieszne słowo i nawet moja dwuletnia córka uwielbia je wypowiadać, choć nie jest jeszcze w stanie zrozumieć jego znaczenia.
 
ZPC: Obawy okazały się chyba nieuzasadnione, bo z tego, co mówisz i co obserwuję u moich dzieci, gnuśna linia jest bardzo lubiana. Chciałabym chwilę porozmawiać właśnie o reakcjach na książkę, bo minęło już trochę czasu od premiery, więc na pewno dostajesz pierwsze głosy czytelników. Co jest zaskoczeniem?

KW: Ludzie są zaskoczeni humorem, i lekkością oraz tym, że postaci się wygłupiają. Słyszałam różne określenia, m.in. że książka jest nietuzinkowa, przystępna, ośmielająca. Bardzo mnie cieszy każda relacja dorosłych, którzy mówią, że dzieci po przeczytaniu książki przekładają ją na przyglądanie się otoczeniu. Gnuśna linia jest tutaj świetnym przykładem, bo jest bardzo pojemna – można jej szukać nie tylko w muzeum, ale w każdej przestrzeni. Świat też możemy traktować jako jedną wielką wystawę, na której oglądamy rzeczy. Jedna dziewczynka znalazła na Cmentarzu Centralnym w Wiedniu kuzynkę gnuśnej linii, czyli nagrobek Franza Westa. Na warsztatach w mokotowskiej bibliotece gnuśna linia poprowadziła nas w zupełnie szalone rejony. Doszliśmy do momentu, w którym po prostu tarzaliśmy się na scenie w wydrukowanych obrazach i dzieci krzyczały: „Więcej obrazów! Więcej obrazów!”. Podrzucaliśmy je i obsypywaliśmy się nimi. Te postaci zarażają pewnym szaleństwem i mam nadzieję, że tak będzie też w domach. To dla mnie wymarzony odbiór książki – po lekturze te postaci dalej w dzieciach pracują. Już na ich własnych zasadach!

ZPC: Można powiedzieć, że tezą książki jest to, że sztuka jest pewnego rodzaju zagadką, pytaniem bez odpowiedzi. Na koniec dajesz jednak odpowiedź, czym sztuka jest dla ciebie. Nazywasz ją „dziwnym narzędziem”, czyli czymś potrzebnym, a co najmniej przydatnym. Jestem ciekawa, dlaczego właśnie z tą myślą zostawiasz swoich czytelników, co to dla ciebie znaczy. 

KW: W książce mamy pięć rozdziałów, ale też klamrę, która otwiera i zamyka całość. Zaczynamy od metafory sztuki jako maszyny do zadawania pytań, a kończymy na sztuce jako narzędziu. Nie jest to mój pomysł, to określenie zapożyczone z bardzo ciekawej książki filozofa Alva Noë zatytułowanej Strange tools. Art and human nature. Koncepcja sztuki jako narzędzia była mocnym fundamentem różnych muzealnych projektów, zarówno edukacyjnych, jak i wystawienniczych. I zawsze bardzo mnie inspirowała. Dlatego w pewnym sensie książka jest podsumowaniem mojej zawodowej przygody w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Chciałam, aby była przesiąknięta muzealnym duchem i wyrażała ten specyficzny sposób myślenia. 
Co ciekawe, zdarza się, że kiedy mówię o sztuce jako o narzędziu budzi to sprzeciw. Moi rozmówcy, uważają, że to określenie sugeruje, że sztuka nie może istnieć sama dla siebie. I dlatego tak mocno podkreślić należy słowo DZIWNE. Łyżka czy nożyczki to zwykłe narzędzia, które znamy i wiemy, że są niezbędnym przedłużeniem naszych rąk. A jak to jest z dziwnym narzędziem? Nie chodzi o to, że sztuka musi do czegoś służyć, ale o przyjęcie perspektywy, że sztuka coś nam robi, w czymś pomaga, coś zmienia, często coś komplikuje, odsłania. I to na różnych poziomach, bo na przykład wywołuje jakąś emocję albo sprawia, że zaczniemy myśleć o czymś z zupełnie innej perspektywy. Dziwaczne narzędzie działa w sposób, który trudno uchwycić, to znaczy trudno szybko zobaczyć, jaką wykonało pracę.
W książce napisałam o tym, że sztuka może być m.in. narzędziem do rozmowy, do opowiadania, do rozciągania wyobraźni, a to wynika z tego, co sama robię w pracy – prowadzę warsztaty, spotykam się z ludźmi na wystawach, organizuję szkolenia z myślenia wizualnego. Ale tych możliwości jest znacznie więcej i każdy może znaleźć własny powód, dla którego sięgnie po to dziwne narzędzie. Dla kogoś może mieć działanie terapeutyczne, dla kogoś innego wiązać się z aspektem wspólnotowym albo zaspokajać ciekawość poznawczą. Myślę, że taka jest misja ludzi pracujących w kulturze: stworzenie takich warunków i sytuacji, aby ludzie poczuli, że mogą po te narzędzia sięgać i używać ich po swojemu, zgodnie z tym, kim są, czego potrzebują i czego poszukują.

Podziel się

Home|Magazyn MSN|
Czynnik dziwności