Do Polski, by zostać marokańskim filmowcem
Opowieść o studenckich latach w Łodzi Abdelkadera Lagtaa'y

  • Do Polski, by zostać marokańskim filmowcem
    Wystawa o poezji konkretnej w Biurze poezji Andrzeja Partuma. Na fotografii Abdelkader Lagtaa z Alfredem Lenicą, kwiecień 1971.

Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie przedstawia tekst opracowany przez Léę Morin na podstawie rozmów prowadzonych z Abdelkaderem Lagtaą i Marie Pierre-Bouthier w latach 2015 i 2019. 

Kino może coś zmienić

Pochodzę ze środowiska robotniczego. Moje upodobanie do kina, do literatury narodziło się dzięki szkole. W naszym gimnazjum w Casablance nie było rozrywek, pomyśleliśmy zatem, żeby otworzyć klub: zrzuciliśmy się i wynajęliśmy miejsce. By je „zagospodarować”, wymyślaliśmy różne zajęcia: czytelnia, teatr… Tak właśnie odkryłem swoje szczególne zainteresowanie literaturą. Zdałem sobie wówczas sprawę, że mam coś do powiedzenia. Że jest pewna szczególna rzeczywistość, która wymaga opowiedzenia, a której nie odnajdowałem gdzie indziej. Pisałem najpierw wiersze, artykuły, krótkie opowiadania. Potem pomyślałem, że w kraju z takim poziomem analfabetyzmu, może kino będzie w stanie coś zmienić.

Kino było wtedy bardzo popularną rozrywką. Chodziło się oglądać filmy miecza i sandałów, filmy noir, kryminały… Oglądałem filmy od szóstego roku życia, najpierw z ojcem, potem sam. Kino towarzyszyło mi przez całe życie. Zacząłem bywać w klubach filmowych i brać udział w stażach we Francuskim Ośrodku Kultury w Casablance. Pamiętam szczególnie jeden staż poświęcony filmom z krajów bloku wschodniego. To wtedy odkryłem Andrzeja Wajdę. Pamiętam też inny staż, na którym wyświetlono Kronikę jednego lata, po której odbyła się debata z udziałem samych Roucha i Morina! Był to jakiś 1964 rok. Byłem w liceum.

Mao i Marx

Moja świadomość społeczna także rodziła się dzięki kolegom ze szkoły. Wszyscy byliśmy synami robotników. W liceum byliśmy szczególnie wyczuleni na różnice społeczne patrząc jak synowie bogaczy przyjeżdżali samochodami… kiedy my mieliśmy tylko rowery! Do tego czytanie. Miałem stały kontakt z ambasadą Chin: czytałem „Pekin Information”, „Chiny w budowie”… Przeczytałem książkę Liou Chao Chi, Jak być dobrym komunistą. Czytałem też oczywiście Mao, potem odkryłem Marxa. Chodziłem do ambasady z kumplami, a tam wyświetlano nam filmy. Widzi Pani, mimo autokratycznego, tłamszącego wolności reżimu, w Maroku były sposoby, by dowiedzieć się wszystkiego.

Rewolucja kulturalna i list

Kiedy zdałem maturę, udałem się do ambasady Chin , by zapytać o możliwość studiowania w szkole filmowej. Dzwonię: cisza. Nikt nie podchodzi. Brama była otwarta, pchnąłem i zobaczyłem grupę młodych Chińczyków w ubraniach roboczych, pracujących w ogrodzie. Spojrzeli na mnie. „Chciałem zobaczyć się z panem Iksińskim”, „Pojechał Chiny! Pojechał Chiny! Nie wracać!” Tak to się skończyło. Dla mnie oczywiście rewolucja kulturalna była wydarzeniem nadzwyczajnym, nie miałem pojęcia…

Pomyślałem, żeby pojechać do Związku Radzieckiego, ale było za późno. I wtedy, wracając w kierunku dworca, natknąłem się na ambasadę Czech. Okazało się, że w tym samym budynku, co za traf, była też ambasada Polski! Wyjaśniłem, że chciałbym stypendium. Wymagana była matura i list polecający jakiejś „postępowej” organizacji, czy coś takiego…. Tylko tyle. Oczywiście, nie mogli powiedzieć, że od partii komunistycznej, PCM (Komunistyczna Partia Maroka) była wówczas nielegalna… Poprosiłem o list polecający UNFP (partia lewicowa: Narodowa Unia Sił Ludowych). Sądzę, że dla Polaków ważne było rozpowszechnianie ich kultury. To, żeby wszędzie na świecie mieć sympatyków. W Polsce spotkałem wielu obcokrajowców, którzy zresztą wcale nie byli lewicowi.

Dziwni cudzoziemcy

W Łodzi nas, obcokrajowców, było niemal trzy tysiące, uczyliśmy się polskiego przez rok, potem byliśmy rozsyłani po różnych uniwersytetach lub szkołach w całej Polsce.

Przyjazd do Polski był dla mnie przede wszystkim odkryciem nowego kraju, ludzi. Nie byłem wzorowym uczniem. To znaczy urywałem się z lekcji polskiego, ale po to, żeby być wśród prawdziwych ludzi. Miałem mnóstwo polskich przyjaciół, u których bywałem, z którymi robiłem różne rzeczy. Nikt mi nie zarzucał, że opuszczam zajęcia, bo dzięki temu mówiłem lepiej.

Byliśmy w Polsce ciekawostką. Polacy nie przywykli do widoku obcokrajowców. Byli tu Wietnamczycy, Mongołowie, Kubańczycy, Chilijczycy, Algierczycy, Tunezyjczycy, Kameruńczycy, a nawet Francuzi… W szkole filmowej było nas około trzydziestu obcych, Libańczyk, Irańczyk, Tunezyjczyk, Algierczyk, Brazylijczyk, Ugandyjczyk, Czech, dwóch Argentyńczyków, Meksykanin… Tunezyjczyk zrezygnował na II roku. Ludzie rezygnowali w trakcie. Nas było niewielu, więc byliśmy bardzo związani!

Mityngi polityczne i miłość

Wiele relacji które potem przetrwają lub nie, nawiązuje się w takich chwilach. No i aktywność polityczna: kiedy idzie się manifestować, na przykład przeciwko wojnie w Wietnamie, ludzie poznają się w ramach tych samych opcji politycznych. Nas, Marokańczyków, nie było zbyt wielu, ale byliśmy bardzo aktywni.

Były spotkania, imprezy. Ktoś organizował imprezę z okazji święta narodowego swojego kraju. W takich okolicznościach spotykaliśmy innych obcokrajowców. Poza tym my, między sobą, mieliśmy swoje filmowe zainteresowania. Nie byliśmy odcięci od reszty społeczności cudzoziemców. Zwłaszcza, że Marokańczycy cieszyli się dobrą opinią: bardzo nas za to poważano. Na przykład: istniało coś takiego jak związek studentów zagranicznych w Polsce i przez długi czas zastępcą prezesa tego związku był Marokańczyk studiujący na Politechnice Warszawskiej.

Spotkałem też wtedy moją żonę, która jest Polką, w tym roku, kiedy mieszkaliśmy u lekarzy w Lumumbowie. To był największy kampus, była tam medycyna, prawo, literatura, itd. Ona studiowała chemię.

Świat w Łodzi

Wzorcem dla nas była czeska nowa fala: Miloš Forman, Věra Chytilová… Francuska nowa fala także… Mogliśmy te filmy oglądać w Polsce. Tak naprawdę, w Łodzi można było obejrzeć wszystkie filmy. Czy Polska je kupowała, czy nie, czy były potem pokazywane w kinach czy nie, my mogliśmy je zobaczyć. Filmy nie miały nawet napisów. Dostawaliśmy tłumaczenie na kartkach, ktoś je czytał. Raz nawet ja improwizowałem tłumaczenie filmu francuskiego. Radziliśmy sobie. Państwo rozumiało, że studenci potrzebują wiedzieć, co się dzieje na świecie.

To było w Polsce fantastyczne! W każdym mieście był klub artystów, klub dziennikarzy, restauracja artystów. Oczywiście było w nich pełno konfidentów! Ale istniały.

Biuro poezji

Na początku lat 1970, artystka Ewa Partum miała galerię sztuki konceptualnej w Łodzi [Galeria Adres, założona w 1972 roku] i potrzebowała tłumaczenia, szczególnie na francuski. To pracując z nią, poznałem inną formę ekspresji, zupełnie nieznanej. Było to dla mnie nadzwyczajne odkrycie, ponieważ poznałem artystów pracujących w innych mediach, w innych perspektywach i to było bardzo ważne.

Siłą rzeczy, w miarę jak tym przesiąkałem, zacząłem mieć własne pomysły. Ewa i Andrzej, jej mąż, wciągnęli mnie w uczestnictwo w happeningach, tego rodzaju rzeczach, więc angażowałem się coraz bardziej. Na przykład, uczestniczyłem w międzynarodowej wystawie w Buenos Aires, prezentując pracę na temat znaczka, polegającą na jego nietypowym wykorzystaniu. Brałem także udział w międzynarodowej wystawie, bodajże w Montrealu, oraz w jakiejś wystawie na północy Polski, gdzie z Andrzejem robiliśmy akupunkturę kinowego ekranu. Weszliśmy na drabiny trakcie projekcji i zmieniliśmy ją w happening.

Andrzej miał biuro w Warszawie, zwane z francuska „Bureau de la poésie” [Biuro poezji]. Maleńkie. Urządzał tam wystawy. Zapraszał kilka osób. Prasa nigdy o tym nie wspominała! Zaczęła o nim mówić dopiero w 1974 roku. Nie dostawał subwencji, nie miał nic. Ale w świecie artystycznym cieszył się uznaniem, bo był naprawdę wytrwały. Miał pomysły, które wydawały się oderwane od rzeczywistości, ale kompletnie się tym nie przejmował. Był outsiderem.

Razem z nim napisałem wiersz wokół słowa „coca-cola”. Idea była taka, by je przerobić, zdekonstruować… Niestety nie zachowało się nic z tamtego okresu, nawet zaproszenie. Organizowaliśmy happeningi! Kantor „reżyserował” Bałtyk! Mnóstwo się działo. Brałem udział w biennale sztuki konceptualnej, które odbyło się w nieczynnym kościele, była projekcja, bar. To było coś. To był bardzo korzystny czas, kiedy można było robić mnóstwo rzeczy! Było wtedy pełno takich inicjatyw, niemal podziemnych.

Filmy studyjne

Reżyserowaliśmy dwa filmy na drugim roku: dokument i fabułę. Potem jeden na trzecim i jeden na czwartym roku. Ja robiłem ćwiczenia, w których starałem się coś pokazać. To była okazja, żeby zrealizować jakąś ideę do końca, nawet szaloną. Na przykład zrobiłem takie ćwiczenie, w którym ani razu nie widać osoby, która mówi. Myślałem wtedy, że jest to sposób, żeby się odróżnić od realistycznego kina. Nie spotkało się to ze zrozumieniem. Może było nieco radykalne. Film był przez to nieco nudny. Mówię o moim ostatnim filmie zrealizowanym w Łodzi w 1975 roku Mais l’espoir est d’une autre couleur [Ale nadzieja jest w innym kolorze]. Tytuł jest zdaniem z wiersza, który wtedy napisałem.

L’ombre des autres [Cień wśród innych] był bardziej polityczny, bo akcja rozgrywała się w Maroku. Operatorem był Abdelkrim [Deraoui]. Rzecz się dzieje w Maroku, ale zdjęcia był kręcone w Łodzi. To historia lewicowego lidera, który zostaje zatrzymany, jest torturowany, organizowane są manifestacje.

Ale nadzieja jest w innym kolorze to był dokument opowiadający o polskich Romach. O rodzinie, którą poznałem w trakcie robienia dokumentacji. To była osiadła rodzina, żyjąca z kombinowania. Kupowali materiał w lokalnym sklepie i sprzedawali jako bardzo kosztowną, importowaną tkaninę. Zmuszono ich do osiedlenia się, mieli swoją własną dzielnicę w Łodzi, na obrzeżach miasta. Radzili sobie jak mogli, śpiewali. Byli outsiderami. Mój pomysł polegał na tym, żeby przedstawić krytyczne spojrzenie na polskie społeczeństwo z ich perspektywy.

To był film, przy którym były nieprawdopodobne problemy z dźwiękiem. Nie mogliśmy go zsynchronizować. To kompletnie rozwaliło cały film. Niektórych ujęć nie mogłem zmontować. Tym bardziej, że kręciłem sekwencjami. Filmowałem śpiew. A wokół tego codzienność rodziny, ich mieszkanie, ich relacje, to jak dzielą się przestrzenią. Z jednej strony salę widowiskową, na której śpiewali, a równolegle ich życie codzienne, w którym widać, że są osobno, że nie mieszają się z Polakami.

Cinéma-vérité

Pracę magisterską pisałem o filmie dokumentalnym: o cinéma-vérité w Quebecu. Dowiedziałem się o nich bodajże z „Cahiers du cinéma”, albo jakoś tak. Poprosiłem o możliwość obejrzenia tych filmów, przysłano mi je z Kanady za pośrednictwem ich konsulatu generalnego w Paryżu. Szkoła pomogła. Dostałem filmy. Zwłaszcza filmy Perrault, Brault, Roux… Claude’a Jutra… Dostałem filmy, mogłem je wyświetlić w szkole, bez żadnego problemu.

Wydało mi się ciekawe, że zawsze był w nich obecny element narodowy. Zastanawialiśmy się cały czas, co będziemy robić w Maroku po skończeniu studiów. Uznałem, że podobne podejście może być rozwiązaniem przystosowanym do marokańskich realiów. Oczywiście byłem w totalnym błędzie, ponieważ filmy dokumentalne nie interesowały w Maroku nikogo. Wzbudziły natomiast moje zainteresowanie i nauczyły mnie wielu rzeczy.

Wyjazd

Studia w szkole filmowej trwają cztery lata, ja zostałem dziewięć. Tak naprawdę było za mało pieniędzy, żeby robić filmy. Były więc realizowane z dużym opóźnieniem w stosunku do nauczanej teorii. Tymczasem mieliśmy stypendium. Studenci wracali do siebie czekając na możliwość realizacji filmu, ale ja bałem się, że nie będę mógł wrócić, więc postanowiłem zostać. I nie były to lata stracone!

Z drugiej strony obcokrajowcy byli w dziwnej sytuacji, bo Polacy robili swoje filmy dyplomowe w branży, na zewnątrz – nie w szkole. Ich film dyplomowy był jednocześnie ich pierwszym, profesjonalnym filmem, wyprodukowanym przez studio. Po czterech latach nauki wiązali się z jakimś studiem i zaczynali karierę zawodową. Cudzoziemcy mieli wybór: wrócić do siebie po czwartym roku, zrobić film dyplomowy u siebie i przywieźć go do Polski, żeby uzyskać dyplom. Tak robili Europejczycy, bo mogli. My, studenci z Trzeciego Świata, nie mieliśmy takich możliwości, więc trzymaliśmy się szkoły. Czasem był z tym duży kłopot, nie było pieniędzy, trzeba było czekać i tak dalej, nie było łatwo.

Tym bardziej, że stosunek do cudzoziemców zaczął się psuć: w pewnym sensie robiliśmy za kozła ofiarnego. Ale w pewnym mikrokosmosie, nie wśród całej populacji. Kiełkowała myśl, że Polska wiele robi dla Trzeciego świata, a tu kryzys ekonomiczny …

Ostatecznie zostałem z Polski wydalony. W ten sposób dowiedziałem się, że jestem niekompatybilny z panującą tu ideologią. Po prostu odmówiono mi przedłużenia prawa pobytu. Normalnie przysługiwał mi bilet powrotny do Casablanki. Ale kiedy skończyłem studia zaproponowano mi bilet do Algieru.

Jakie kino?

Chcieliśmy robić nowoczesne filmy. Kwestionujące rzeczywistość. Z drugiej strony, wiedzieliśmy, że w Maroku nic się nie dzieje. Mieliśmy nadzieję, że coś się zmieni politycznie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że dopóki polityka się nie zmieni, nie będziemy w stanie realizować swoich projektów.

Gdybym miał podsumować, czego nauczyliśmy się w Polsce, to byłoby tak. W Polsce dowiedzieliśmy się, że „socjal” jest ważny. Że nie można abstrahować od warunków, w jakich ludzie żyją. Nie chodzi o to, żeby wszystko słodzić, jak w kinie egipskim… To było, jeśli można tak powiedzieć, kino «zaangażowane», ale niekoniecznie polityczne, ideologiczne. Chcieliśmy uwzględniać życie ludzi. Brać pod uwagę kontekst, jak w niektórych włoskich komediach, bardzo zakorzenionych w tematyce społecznej. Chcieliśmy kina kontestującego, kwestionującego rzeczywistość, różne tabu – polityczne, społeczne, obywatelskie, ale z uwzględnieniem czytelności przekazu. Nasze wzory to było kino czeskie, kino polskie.

Trzeba pamiętać, że kontekst socjalistyczny podobny był do kontekstu marokańskiego. Była cenzura, kontrola ze strony władz państwowych. Chodziło o to jak prześlizgnąć się przez otwory w tej sieci? Jak zasugerować ideę w taki sposób, by władza nie zdołała jej powstrzymać? Nasze doświadczenia z Polski pomogły nam wynajdywać sposoby na to, by działać sprytniej niż władza. To trochę jak dzisiaj w Iranie!

Zobacz także:

Inne wydarzenia z tego cyklu: